poniedziałek, 28 października 2013

Trudności z Metodą Naukową

link do części drugiej
Szczur Biurowy napisał entuzjastyczny komentarz na temat zwycięstwa Chrisa Cieszewskiego w potyczce z machiną kłamstwa, żelaza i papieru.

Też mi się to podobało.
Ale mój wpis na temat kontekstu tego incydentu wykracza poza rzekomy przepis na łatwe pokonanie Potwora. Metoda naukowa? Oczywiście, ale - NIE TYLKO.

Mój oryginalny komentarz na blogu Szczura, po głębszej analizie - tutaj jest całkowicie nieczytelny. Przerobiłem go gruntownie, jednak tezy są te same.

No, SM (czyli Scientific Method)- to nie jest sprawa dla idiotów...:)

W Polsce nie rozpoczęło sie jeszcze prawdziwe, zgodne z regułami sztuki, śledztwo. Toczy  się DOPIERO wojna medialna o serca Polaków, aby zaczęli się domagać bardziej aktywnie PRAWDZIWEGO ŚLEDZTWA. Największa nieuczciwość niektórych komentatorów, to udawanie, że tego nie rozumieją. Albo, będąc uprzejmiejszym,  - po prostu - nie rozumieją :) 
Dyskusje o metodzie naukowej powinny to uwzględniać.

I rozmowa pana Kacprzaka (nie znam stopnia oficerskiego tego pana) i profesora Cieszewskiego jest ilustracją bardziej lub mniej świadomego ignorowania tej wojny.

W tej wojnie zostało odniesione taktyczne, lokalne zwycięstwo. Ale jego konsekwencje są jeszcze nieznane.
To przypadek prof. Cieszewskiego

Aby to zwycięstwo zostało odniesione – musiało zaistnieć jednocześnie kilka sprzyjających warunków.
A jest to sukces I kategorii. Ale po kolei.

Określmy te kategorie.
Idąc od tyłu:

III kategoria.
Znaleźć istotny punkt zaczepienia dla hipotezy wyjaśniającej katastrofę. Albo obalający znaną hipotezę. I zostać zlekceważonym.
Przykład – dr Bramski: - zaproponował "program badawczy" dla ustalenia ciśnienia w kadłubie, które oderwało wręgę nr 65. Zdjęcie nr 33 w raporcie MAK. 

Mogłoby to przesądzić o prawdziwości lub fałszywości hipotezy wybuchu. Kołki mocujące wręgę są dostępne. Parę egzemplarzy TU-154 jeszcze jest. Nie trzeba czekać na wrak, w którym te kołki już są zerwane i to widać na zdjęciu. 

Ktoś to podjął? A sam dr Bramski? Może ktoś wie?
http://krisruminski.blogspot.com/2012/05/manipulokracja.html

II kategoria
Prof. Binienda. Linków nie trzeba, sprawa znana i omawiana do znudzenia.
Dlaczego II –ga? Bo czcigodny profesor został „zaszczycony” – nagonką. Źle czy dobrze, byle z nazwiskiem :)
Nie został zlekceważony. Jest wściekle zwalczany. To go automatycznie uwiarygadnia.

"Nie wierzę w wiadomości, które nie były dementowane". Przypadek prof. Biniendy - to precyzyjna ilustracja tego powiedzenia księcia Gorczakowa.

I kategoria:
– prof. Cieszewski.To - czy 10.4.2013 brzoza była, czy nie była złamana - ten dylemat - każdy (idiota) zrozumie. Dlatego to najbardziej nośne odkrycie. A więc najbardziej medialne.  I najbardziej groźne.

W prof.Cieszewskim zjednoczyły się szczęście :) i trzy talenty: profesorska kompetencja, publicystyczna swada i odwaga.
Ale, z całym szacunkiem, wynikająca być może z ignorowania niebezpieczeństw. Albo z "osłony kontrwywiadowczej" obywatela amerykańskiego - bądź co bądź - profesora prestiżowej uczelni. Seryjny samobójca MUSI być trzymany na uwięzi. A Cieszewski pojechał na front.

I jednak "oficerowie wyszkolenia bojowego " - (dalej - OWB) traktują go z "pewną nieśmiałością". 

Wróćmy jednak do kategorii II i profesora Biniendy

Problemat, czy skrzydło mogło złamać brzozę czy brzoza skrzydło, dla przeciętnego zjadacza papki - jest praktycznie nierozstrzygalny. 
Nawet, jeśli z jednej strony występuje profesor uczelni - niestety - nie najbardziej prestiżowej (być może bez "osłony kontrwywiadowczej") a z drugiej - specjalista od paralotni lub profesor od badania gwiazd.

I dlatego prof.Binienda okazywał w swojej odwadze, zupełnie zrozumiałą powściągliwość. A OWB – miały mniej oporów, żeby go ośmieszać.

Oto reakcja "szarego człowieka": Mój znajomy – inżynier mówił o nim: Acron? co to za uczelnia? Które miejsce w klasyfikacji? 
Tak rozumują wykształceni, szarzy ludzie.

Ta II kategoria, w której znajduje się prof. Binienda, chroniony samym faktem obywatelstwa amerykańskiego, zawiera jednak również obywateli polskich.

Powiedzmy o nich kilka słów.
O naszych profesorach - krajowcach, którzy są samotni wobec machiny pogardy, kłamstwa i przemocy.

Prof. Kleiber, 
 specjalista od metody elementu skończonego, a więc, w pewnym sensie - człowiek z branży Biniendy - powiedział o nim: "nie znam go" a w domyśle – nie znam jego dorobku. (wywiad dla TV Republika)

Dla specjalisty z tej samej branży i dla problemu wagi, jaką reprezentuje Katastrofa Smoleńska, kiedy jego kolega ogłasza sensacyjne wyniki badań - to kompromitacja. Ale "stosunkowo mała". 
Medialnie - niezauważona. Nawet przez stronę opozycyjną, która nie chce pogarszać sytuacji człowieka pod presją, który przynajmniej stara się zachowywać przyzwoicie. "Nie jedzie szczawiem". Ani kolegą - profesorem - Sadurskim. Tymi naszymi, starym i nowym - Ionescowymi nosorożcami.

A może komentatorzy lekceważą incydent?
Albo - co gorsza - nie rozumieją już, że to jest, według "normalnych" ( a tam - normalnych. Zależy dla kogo. Napiszmy -  przedwojennych) standardów - kompromitacja właśnie?

 Nawet jeśli nie znał, to z czystej zawodowej ciekawości, powinien się zainteresować – i sprawdzić
Tymczasem nikt mu tego nie wytyka. A Binienda zaprasza!

Kleiberowi stanowisko w PAN przeszkadza? 
No dobrze. Nic więcej na jego temat. Szanujmy każdego przyzwoitego człowieka, nawet, jeśli musimy zaciskać zęby.

Prof.Rońda, 
tak obstawiam - był następny w kolejce do .... hmmm, ..... zdyscyplinowania. Chyba trochę - na własne życzenie.
Nie mnie sądzić.
Ludzie, którzy mieli kontakt z Potworem - powinni być traktowani z powściągliwością.
Powinni czuć nasze wsparcie, niezależnie nawet od popełnianych pod presją błędów.

Wniosek:
Nie jest tak łatwo stać się negatywnym bohaterem OWB. To naprawdę wyczyn.
Ale zostać zwycięzcą w starciu z tą machiną - to rekord świata! Brawo prof. Cieszewski!

Nawet, jeśli to zwycięstwo "kosmity" z miejscowym Potworem, my, ludzie tutejsi, uczmy się od kosmitów. My - mamy gorzej. Musimy mieć trochę więcej niezbędnej odwagi, trochę więcej zimnej krwi i opanowania drżących warg i drżących rąk. 
Odwagi!

Piłka w grze...

PS
Chociaż prof. Cieszewski mógłby jednak lepiej wyrażać swoje ogólne myśli i nie mylić „kultury polskiej” z „kulturą oficerów bojowego wyszkolenia” K(o)BW.
A może nie myli? Tylko uważa, że każdy naród ma takich oficerów na jakich zasługuje?

czwartek, 17 października 2013

NSZ reaktywacja!

NSZ.
Krytycy Powstania Warszawskiego nie znad kawiarnianego stolika, pseudopartyjnej kanapy czy z lektur młodego pistoleta (a raczej kapiszonowca. Na literę Z). Tylko z głębi lubelskich, kieleckich i częstochowskich lasów.


Notka w Wikipedii, nawet długa i pełna faktów historycznych? Wolne żarty. A gdzie ludzie, ich motywacje, ich marzenia?

Ich charakter, przyzwoitość, twardość, odwaga i fantazja?
Np. w akcji godnej Zagłoby, zdobycia planów sowieckich pól minowych lub niemieckich stanowisk bojowych?
Co decydowało, że byli kochani przez miejscową ludność, mimo, że czasem nawet karali śmiercią?

Chcesz wiedzieć? Elżbieta Cherezińska , Legion. 800 stron.

Książka oparta na dokumentach, ale obfita w mleko, krew, miłość i męską przyjaźń. Czasem ponad podziałami. Ekumenia przyzwoitości między konkretnymi ludźmi z NSZ, AK a nawet z AL i spośród sowieckich zrzutków.

Szlachetność, rozsądek i siła woli. Szlachetność, zagubienie i głupota. Sumienie lub zezwierzęcenie. Prawda i zakłamanie. Nawet nierozwiązana zagadka ludzkiej duszy. Zanim spocznie w dole, jako ofiara "faszystów". W istocie zabita przez swoich, jako element niepewny. Życie. I śmierć.

A bohaterowie z NSZ?
Mieli inną wizję polityczną i umieli ją wcielać w życie. Na taką skalę, ile starczało „budżetu”.
Też przegrali. Jak AK, które walczyła z dodatkowym obciążeniem, jak z garbem. Garbem lojalności wobec sojuszników, która wydawała Polskę i nich samych w łapy sojusznika naszych sojuszników. Nawet bardziej przegrali.

Polska mozaika postaw. Mozaika patriotyzmów. Nie „dwóch”, * : wielu, ale prawdziwych.

Ja - znający, jak tuszę, najnowszą historię Polski nieco lepiej od przeciętnej, nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak wspaniałą robotę robili. Zbrojne Polskie Państwo Podziemne w centralnej Polsce. 

Samorząd. Polska konfederacja. Z policją, kwatermistrzostwem, sądami i z salonem śmietanki towarzyskiej oraz klubem gentelmenów w ziemiańskim dworze. Tyle, że we dworze ziemianie, wysiedleni z odzyskanej dwadzieścia lat temu Wielkopolski. Wahadło polsko niemieckie. Ale niesymetryczne. Ciągle niesymetryczne.

Jaką stanowili siłę!
Jaki autorytet i ostoja dla okolicznej ludności. Lepiej czuję, dlaczego byli tak przez komunistów znienawidzeni, zwalczani, mordowani i opluwani. Jeszcze bardziej niż AK.  

Jeśli to możliwe. Ale, jak widać, miara nienawiści do każdej "ludzkiej przeszkody" w zdobyciu władzy i rządu dusz, miara zbrodni państwowej a właściwie antypaństwowej i antynarodowej - nie ma granic.

Na tę Republikę Nadwiślańską zbudowaną siłą talentu, uporu, profesjonalizmu (tak, to słowo – to celowo użyty anachronizm ) głosowali – nogami – żołnierze, chłopstwo i ziemianie. Z małego, biednego oddziału partyzanckiego - Brygada! Z ochotników - patriotów, ale i  niedobitków, uciekinierów, zagubionych i nieświętych, ale nawróconych. Prawie tysiąc osób! I mimo walk - ciągle rosła w siłę, w uzbrojeniu i liczebności! Do półtora tysiąca!

Liczyć się musieli Niemcy, nienawidzić musieli … sojusznicy naszych (wiarołomnych i małodusznych) sojuszników. A w istocie – wrogowie - tak – wrogowie ze wschodu. Mający inne plany. Imperialne. „Kto nie jest z nami, ten … musi sczeznąć!”

„Polscy faszyści”, których wleczono nawet po zachodnich sądach, za ich rzeczywisty lub domniemany antysemityzm. **
Miał on przed wojną (w niektórych kręgach) złą sławę. Ale dopiero Hitler i stojący za nim murem naród niemiecki nadał mu tę szczególną postać. Piekielne znaczenie. Mieszanina apokaliptycznej zbrodni, nieludzkiej pogardy i potwornej oziębłości serca.

W tych sądach – wygrywali jednak pozwani. A nie – oszczercy, wrogowie i pożyteczni, napuszczeni przez nich, idioci. Siłą faktów i świadków, których ocalili. Również Żydów.

Autorka nie ściemnia, że ich bohaterowie kochali Żydów. Jednak niechęć do Żydów, konkurentów w biznesie i często nielojalnych obywateli słabej, nie dającej dostatecznej ochrony swoim obywatelom, II Rzeczypospolitej – to jedno. Ale stosowanie wojennego prawa wobec bandytyzmu połączona z honorową i rycerską postawą  - drugie. 
To nie jest  żaden paradoks. To spójne.
Ratowanie Żydów. Nie – z entuzjazmem, nie - z sympatii. Ale z obowiązku i z przekonania, z poczucia przyzwoitości.

Czy to nie jest aby nauka dla młodych, przykład właściwej postawy? W prawdzie, nawet ze świadomością swojego narodowego egoizmu i zwykłych, ludzkich ograniczeń?
Czy to nie przemówiło by bardziej do młodzieży, której się wpaja abstrakcyjne hasła „tolerancji”? Która obowiązuje wśród myślących podobnie, ale się kończy, kiedy staje się oko w oko z człowiekiem „obcym”?

NSZ. Brygada Świętokrzyska.
Zub-Zdanowicz z przeciętą, złowrogą brwią, „mający talent do ludzi”, prawdziwy twórca oddziału.

Kołaciński - „Żbik”, ukochany "król" okolic Częstochowy, znany i na Kielecczyznie ulubieniec panien i mężatek. Drugi - urodzony organizator.

Ich dowódca, Aleksander Szacki – Bohun, ten – to się kulom naprawdę nie kłaniał!

To Żołnierze Wyklęci, którzy „nie poddali się nikomu”. Dokonali cudów. Przeszli, (chociaż nie wszyscy- to nie był spacer), jak Maczek we wrześniu, zwartą jednostką na Zachód. 

Nie dali się rozbroić ani Niemcom, ani nawet …Amerykanom. Wyzwolili żeński obóz koncentracyjny w Hołyszowie w Czechach. Zapobiegli planowi zabicia Żydówek na wypadek ataku. Uratowali ludzi stojących na skraju wyniszczenia. Przedstawiciele rządów Francji, Belgii, Anglii, Holandii – dziękowali za uwolnienie ich obywatelek. Mieli swoje pięć minut. Byli sławni.

Londyn najpierw myślał, że to oddział AK i się cieszył. By potem – zazdrościć. Ba!
Kontrakcja Moskwy. Agent wpływu podległy GRU– Stefan Lityński odwiedza Brygadę, jako polski dziennikarz. Potem pisze donos w „News Chronicle”, jako Stefan Litauer: „Polscy Faszyści rządzą pięcioma czeskimi wsiami”.

Generał Patton, ratujący honor naszych sojuszników:

Na Boga, powinniśmy podrzeć te cholerne, podłe porozumienia z Sowietami i ruszyć prosto na wschodnie granice.

Ginie w wypadku. Śledztwo szybko umorzone. Bez niewczesnych analogii. Wypadki chodzą po ludziach. Zwłaszcza niewygodnych.

W Polsce i tej Ludowej i tej naszej, trzeciej RP, NSZ ciągle ma zła prasę. Ilu jeszcze jest ochotników - Litauerów? Ale pan Stefan przynajmniej pojechał na miejsce. Teraz by pojechał?

Brygada Świętokrzyska. Oprócz obszernej notki w Wiki ma Wielką Księgę chwały. 

Legion. Niby ostatnia kohorta. Upada nie imperium. Upada odwieczna kraina wolności, która ciągle nie ma do niej szczęścia. 
Gotowy scenariusz na film. Na serial. Niepoprawny. Arcypolski. Jeden Czas Honoru nie czyni wiosny!

Panowie - wieszcze z kamerą! Do roboty!


* Jan Józef Lipski

** Ale i tak mieli szczęście, że nasi sojusznicy - Amerykanie nie wydali ich Sowietom, jak żołnierzy Zapory.
Bo o faszyzm ich oskarżano. Ale o to, że są esesmanami w polskich mundurach, jak Zaporę i jego oddział, jeszcze nie. A przecież Dekutowski był "tylko" z AK! W zasługach u Czechów przebił jednak Bohuna....No tak, ale Zub - Zdanowicz przeszedł do NSZ z AK. Bo chciał walczyć. Na stanowisku, gdzie mógł wykorzystać swój "talent do ludzi". I wykorzystał!

Polskie losy są o wiele ciekawsze niż świadomość ignorantów i idiotów - "antyfaszystów" dla ubogich.


Moje lektury

czyli zapowiedź nowego cyklu, ale bez zobowiązań.

Po nieudanej próbie filmowego "cyklu recenzenckiego", który oczywiście, jak to typowy grafoman, zamierzam kontynuować, bez kłaniania się jakimś moderatorom ani redaktorom, tak mi się jakoś ulało pseudorecenzją książki.

Ale po kolei...

Mój „las” (czyli silva) hmm… trochę usycha, ale skoro „rzeczy” (co, czego - res, rerum) nie trzeba podlewać, to może przetrwa. Najwyżej res się trochę zakurzą.

Wprawdzie jestem starym abnegatem (i muszą zapędzać mnie do mycia łazienki, co robię z … chęcią,  gdy … mycie ma się już ku końcowi), ale zrobię malutkie odkurzanie. Licząc, że szybko mi się zrobi przyjemnie.

Jestem zalatany. Nawet dzisiaj, mam odpowiedzialną funkcję nadzorcy dzielnego rzemieślnika z ekipą, instalującego nam piec gazowy prestiżowej, niemieckiej firmy. Na literę V. Uff! Na literę V!
Ale to nie wszystko i nie będę się przechwalał. To tylko usprawiedliwienie dla tych kilku (co najmniej jednego) wiernych czytelników.

Opowiem krótko (tym razem naprawdę krótko - „zaraz, panie majster, już do pana schodzę!”), co robię, jak siadam i piję herbatę.
Mam za sobą kilka świeższych lektur. Ma być krótko, będzie o jednej. O tej, nad którą nie zasypiałem wieczorem.

Elżbieta Cherezińska, Legion. Cegła, bite 800 stron. Grubsza od Biblii Excela, Johna Walkenbacha, której całej nigdy nie przeczytałem, chociaż ciągle z niej korzystam. A ten Legion przeczytałem od deski do deski. Ale nie jednym ciągiem. Nauczyłem się odrywać od pasjonującej lektury. Kiedyś Zbrodnię i Karę (też niezła cegła) czytałem całą dobę bez przerwy. Teraz to już fizycznie niemożliwe. Mówię to jako inżynier. Znacie tę pouczającą historyjkę?
Jaka jest różnica między fizykiem a inżynierem?

Jeśli zapytamy fizyka, czy kij może latać, on odpowie, że to fizycznie niemożliwe. A inżynier? Odpowie pytaniem: Jaki ma pan budżet na ten projekt?

Co do mnie, cenię sobie ludzi chodzących po ziemi a potrafiących porywać się z motyką na słońce. Zanim jednak się porwą, zatroszczą się o odpowiedni budżet na ten projekt.
O tym jest ta książka pani Elżbiety.

A to jedno drzewo z lasu (na razie raczej zagajnika) moich rzeczy - to taka moja rekomendacja. Opowieść o  lesie przyjaznym, prawdziwym mateczniku polskiego niedźwiedzia, który nie dawał się wykurzyć.

czwartek, 12 września 2013

Czarowna Kraina Dzieciństwa

 Zaduma jesienna z nutką eschatologii…

Robi się już jesiennie i piwnica staje się odpychająco nieprzytulna. Za to na pięterku jest teraz najcieplej, i nawet, jak ulewa grzechocze po blaszanym dachu i wiatr bezsilnie obija się o szyby niewidzialnymi gałęziami podmuchów, mam przyjemne uczucie, określane ciągle dla mnie tajemniczym, mimo popkulturowo-tradycjonalnego nadużycia: „jak u Pana Boga za piecem”.

Dlatego pewnie niedługo zaprzestanę tych dziwnych, antykwariatowo-piwnicznych lektur na nieco zawilgotniałych książkach sprzed lat i odrobię zaległości lektur nowszych, jeszcze pachnących, nie piwnicą, tylko niezmywalną i niewywabialną farbą drukarską, o najnowszej, dopiero co opatentowanej, ściśle strzeżonej recepturze. To się zresztą okaże za czterdzieści lat. A może nawet wcześniej.

- Wyrzucić, nie wyrzucić? A jeśli nie, to gdzie to przechować? Na makulaturę czy do antykwariatu? A może jednak na strych?
- Na strych, dzieci, na strych!
Będzie sobie cichutko mruczała taka jedna z drugą osierocona książka.
- Proooszę. Proszę o wyrok w zawieszeniu. Może mody literackie się zmienią a właściwie …powrócą?

Nie mój problem … tylko tych, którzy będą musieli coś uczynić z moją spuścizną.
Chyba już nie zdążę  odchudzić mojej biblioteki i przesiąść się całkowicie na nowy patent: zupełnie bezwonne pdf-y, ukryte za szybą ekranu, jak złota rybka w akwarium, do której trzeba się dostukać palcem, żeby się ustawiła w najlepszej pozycji do tego, do czego służy złota rybka: aby zachwycała.

Póki co, relacja z jeszcze nieskończonej, piwnicznej lektury. Lektury spóźnionej i chyba już nie do odrobienia. To trochę tak, jak gdyby jeździec - stary koń chciał spróbować, jak smakuje jazda na koniu na biegunach z piosenki Janusza Laskowskiego. Bo był na dancingu w Chałupach i się rozmarzył.

Czy jest w stanie się tego dowiedzieć, jeśli jeszcze na takim drewnianym rumaku nie siedział?
Ja mam swoje prywatne uzasadnienie. Że nie. A ja miałem konia na biegunach. I - jako stary koń - siedziałem na specjalnym mechanicznym rumaku, zabawki dla dużych (i pewnie również małych) chłopców w samym sercu królestwa kowbojów. Czułem się świetnie, ale – to jednak nie to.
To zabawa - żart – wygłup dorosłych.

A nie zabawa – misterium wyobraźni i ćwiczenie się w wytrwałości i biegłości. Misterium ciekawych świata, poważnych i niezmordowanych w tej zabawie małych ludzi, która jest ich pracą. Bez jej wykonania już nigdy nie będą tymi, którymi mogli by być.

Inne uzasadnienia są w kilku książkach dla dzieci, które powinni przeczytać też dorośli, bo jest tam zawarta filozofia wrażliwości. Mały książę, Piotruś Pan, no i wszystkie książki Lucy Maud Montgomery.

Relacja ze spóźnionej lektury

Ale nie myślę teraz o Ani z Zielonego wzgórza. Anię czytałem dwa razy. Raz, jako chłopiec. I odtąd nie tylko kochałem Anię Shirley, ale miałem widoczne predylekcje do kobiet o zielonych oczach mających na imię Anna. Mam teraz, przypadkowo, córkę spełniającą te dwa kryteria, tylko chyba piękniejszą od bohaterki mojego dzieciństwa. Bo tamta bardziej uwodziła, przemądrzały rudzielec, prostodusznością i dobrocią.

Żeby nie było! Miałem i swoich bohaterów – chłopców. I nie był nim bynajmniej Piotruś Pan. Ale to już inna historia. Nie obiecuję, że będzie opowiedziana.

A kiedy to było drugi raz? W chorobie. Takiej – prawie prezencie, darze Opatrzności.
Ktoś mówi:
- Nic teraz się nie liczy. Nie ma spraw „ważnych”. Zostałeś porwany….
Człowiek choruje, musi leżeć, ale leży dłużej niż przez ten okropny okres, kiedy można tylko myśleć, a i myśleć – boli. Potem nastaje ten najprzyjemniejszy okres, kiedy nie traci on przywilejów chorego, słodkiej troskliwości najbliższych, ale czuje się lepiej i może .. poświęcać czas na to, co lubi: zaległości lektur.

I ja, żeby sobie przypomnieć i  .. żeby nadrobić zaległości przeczytałem całą sagę Ani Shirley. Myślałem, że to wszystkie książki L.M.M. Myliłem się.

Nie przeczytałem jednej książki, bo nie została jeszcze wydana. Chorowałem trochę za wcześnie. Wyszła drukiem w roku 1990 – tym, nakładem Oficyny Wydawniczej „Graf”, jako pierwsze wydanie powojenne, według edycji z roku 1936 – tego.

Domyślam się, dlaczego. Nie wydawano z powodu „wartości ideowych” powieści, wzmianek o Bogu i o dylematach moralnych w tym kontekście. Ale mnie zainteresował fragment, który mówi o dziecięcej, czarownej krainie. Posłuchajcie…

I gdy się wypiło wodę z tego kubka - mówiła Historynka, a oczy jej lśniły, jak szmaragdy  – przestawało się widzieć cały świat i trzeba było wstąpić do krainy czarów i zamieszkać w niej (…).
Tak, Historynka miała słuszność …
mówi Ed, kuzyn Historynki i narrator powieści o tym samym tytule, co jej wdzięczne imię, chyba ładniejsze, niż oryginalne, angielskie „The Story Girl”.
Istnieje naprawdę Kraina Czarów, lecz tylko dzieci mogą odnaleźć do niej drogę. Ale, gdy dzieci dorastają, zapominają zupełnie o tej drodze i nastaje taki dzień pełen goryczy, kiedy tej drogi absolutnie znaleźć nie mogą. Wówczas dopiero uświadamiają sobie, co utraciły i to staje się tragedią ich życia. W tym dniu uświadomienia bramy raju zatrzaskują się za nimi i kończy się bezpowrotnie wiek złoty. Od tego dnia muszą już przebywać ustawicznie w atmosferze codziennego życia.
Tylko niektórzy, ci co pozostają w głębi duszy dziećmi na zawsze, mogą jeszcze odnaleźć znowu tę czarowną ścieżkę.

Pytania (do) (nie)cierpliwego czytelnika

Co z tego wynika?
…pytasz, niecierpliwy czytelniku? No właśnie – co?

Dobrze, już dobrze, proszę Cię, nie gorączkuj się tak. Żeby się przekonać, co z tego wynika, musisz przeczytać ten ostatni, przydługi – t a k - przydługi, wiem - cytat  j e s z c z e   r a z.

Spróbuj jeszcze raz. Właśnie dlatego, że nie rozumiesz, o co mi chodzi. Jeśli odmawiasz, trudno.

I co? Nic? To znaczy, tyle, że jesteś tylko jeszcze bardziej zniecierpliwiony? Czytaniem tych banalnych, dziecinnych, archaicznych, egzaltowanych tyrad jakichś dzieciaków a właściwie nawiedzonej Kanadyjki (niepotrzebne skreślić)?

Wszystko w porządku. Właśnie o to mi chodziło. To był test. Stopień Twojego zniecierpliwienia na powyższy cytat stanowi  w s k a ź n i k. Wskaźnik stopnia pozostawania „w głębi duszy dziećmi” przez czytelników niniejszego tekstu.

Jedną z podstawowych różnic między ludźmi a także między tym samym człowiekiem, znajdującym się w różnych okresach życia, jest wrażliwość na …. No właśnie, na co?

Na bajkę. Tak, na bajkę. Na poezję i tajemnicę.

Na to, co nadaje sens życiu. Sens, płynący z umiejętności zatrzymania się nad czymś, co nie daje żadnej korzyści, ale zachwyca. Bo jest piękne. Bo jest dobre. Bo jest prawdziwe, mimo, że na pozór nie można tej prawdy uchwycić. Ale można pokazać dziecku i zbudować w nim na całe życie fundament prawdy, dobra i piękna.

Na takim fundamencie  ono sobie będzie tę wrażliwość rozwijać. Ludzie zwykle szybko się nudzą jakąś poetyką, jakąś manierą, jakimiś „klimatami”. Ale powinni znajdować sobie nowe obiekty zachwytu. Coraz piękniejsze. A nie - coraz potworniejsze. Coraz prawdziwsze. A nie - coraz bardziej kretyńskie. Coraz bliższe Dobru. A nie … mniejsza już z tym.

Ach to znudzenie! Jest przekleństwem, ale jednocześnie  (czasem) motorem na drodze do Celu.
Jakiego Celu? A – to już całkiem inna historia. Na razie mówmy na TEN temat. A właściwie kończmy już TEN temat. Tylko jeszcze dwa akapity. Góra trzy.

Sens życia nie polega na „ciepłej wodzie w kranie”. Ludzie, posiadający „ciepłą wodę” mogą mieć poczucie bezsensu, a ludzie noszący wodę od studni mogą być szczęśliwi. Z pęcherzami na rękach.

Jeśli weźmiemy jakąś popularną broszurę dla przeciętnego parafianina, to można tam wyczytać, że „mądrość” oznacza …
zdolność dostrzeżenia sensu życia i jego ostatecznego celu
Baaaa …

Per fabula ad astra…

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Życie jest piękne, jeśli tylko trochę się postarać

Życie jest piękne
... życie jest śliczne, życie nastraja optymistycznie
..., jak głosi sztandarowa piosenka zespołu ludowego z Ponidzia.

Napisałem notatkę w starym Silva Rerum, pod wpływem chwili...
A chwila nie mija. Nawet ośmieliłem się wystawić na ryzyko odrzucenia, zgłaszając opracowaną po swojemu "recenzję". Ale mniejsza o ewentualne "sukcesy". Wiem, że nie jestem recenzentem.
Musiałem to napisać. Nic na to nie poradzę.

1. Wstęp
Obejrzałem film z Internetu. Po raz drugi. Pierwszy raz - to było w kinie, dawno temu, w czasach naiwnego optymizmu. Kiedy jeszcze "nasz papież" żył i dawał nam ofensywne zadania w Europie. Teraz ofensywni są Węgrzy a my aspirujemy do roli ich naśladowców.
Ale już wiadomo, że Niniwa raczej pokaże nam ruski miesiąc, niż się nawróci.

Teraz razem w domu, jakby na nieoficjalnym pokazie, z najmłodszą córką. We wspólnocie pokoleń.

Włoski film z ubiegłego wieku. I to czuć.
Trzy Oscary, Przedsięwzięcie prawie rodzinne, bo para głównych bohaterów - grana przez małżeństwo. To dobra włoska tradycja. Mieć żonę - dobrą aktorkę, to skarb.
MasinaLoren i teraz - Nicoletta Braschi.
Ale pierwsze skrzypce gra tu jej mąż, bo nie tylko reżyser ale i aktor, Roberto Benigni. Rola wykonana brawurowo.

Każda scena budzi tyle skojarzeń i refleksji...
Spróbuję krótko, w punktach.

2. Dlaczego ja?
Film o holocauście w atmosferze sielanki.  Przeczytałem na nieocenionym Filmwebie kilka recenzji w tym duchu. Mowa.
Szpital Przemienienia Lema jest powieścią okupacyjno - medyczną w atmosferze horroru.
Zaś Czarodziejska Góra Tomasza Manna to powieść obyczajowa ze sfer sanatoryjnych z pseudo - filozoficznymi dłużyznami.

Czasem zęby bolą od tych profesjonalnych notek. Ale to inspirujący traf, jak człowieka trafia szlag.

3. Moja konkurencyjna najkrótsza recenzja?
Czujny, pomysłowy arlekin, grający w teatrze życia subtelną poezję.
O coś!

Gra poezję. Czy to dobre zdanie?

Bo umowność fabuły jest tu wielką zaletą, wręcz skarbem dzieła. Jest czystą poezją.
Skonstruowaną niczym misternie utkany haft figur menueta na osnowie starej koronki.
Balet z dialogami i mocną pointą po każdej scenie.

Zachwyca profesjonalizmem ...a tam, co za wyświechtane słowo...
Oszałamia błyskiem klingi geniuszu, iskrzącym się w zderzeniu z twardą skałą żmudnego trudu.

4. Trochę więcej. Analiza treści.

Film składa się z dwóch części: 

a) Realizacja marzenia przez brawurową akcję natarcia. Emocjonująca gra.
Instrument - poezja, cel - miłość. Wygrana!

b) Bohaterska obrona owoców miłości przed Potworem.
Bo później sielanka się kończy. Zaczyna się gra o uratowanie miłości. Pomysłowa i pełna poświęcenia, Arlekin umiera i wygrywa.

Wszystko zrealizowane z precyzją, według najlepszych reguł dramaturgii. Strzelba z pierwszego aktu ma wystrzelić w ostatnim?
Użyjmy do tego czarnego kapelusza! I przez szczęśliwy splot przypadków osiągnijmy cel dramatu, gdy krawiec odzyskuje swój kapelusz a Arlekin - zdobywa serce dziewczyny.

Zresztą, co mamy sobie żałować! Dlaczego tylko jedna strzelba? Weźmy konia. Albo czołg. I każdy z tych rekwizytów gra swoją cudowną rolę machiny Zeusa.
         
           Deus ex machina

Której wejście jest starannie przygotowane a nawet zapowiedziane. Tylko wszystkim się wydaje, że to tylko rojenia nieszkodliwego maniaka. A to prawda!

Są też sceny poruszające nie treścią tylko kontekstem, siłą szerszej wizji..

Niemiec,  lekarz. Solidnie groteskowy w swojej ostatniej roli, Horst Buchholz, znany z zupełnie innej - Chico w Siedmiu Wspaniałych, sprzed bez mała czterdziestu lat!
Rozmawia z ocalonym przez siebie Arlekinem, w przebraniu kelnera. Ocalonym z powodu zupełnie abstrakcyjnej a niepodziewanie przydatnej, na tym dnie piekła, umiejętności.
To scena zderzenia trosk Prawdziwego Człowieka, który zstąpił do piekieł, z troskami bezdusznego i głupiego, jak but, więc właściwie wymykającego się nawet jakimkolwiek ocenom moralnych - "porządnego Niemca". 
Kiedy świat zwykłych nadziei na pomoc ze strony znajomego runął bezpowrotnie. Został tylko świat zwariowanych mrzonek.
Pierwszy, Wielki Skrót. A właściwie - drugi w kolejności.

Bo wcześniej - jest scena tłumaczenia przez bohatera na włoski surowej przemowy obozowej władzy. Zasługuje na osobny traktat, nie szybką wzmiankę. Ale tamta scena - też godna traktatu. To już dwa. Tylko, kto to przeczyta? Zobaczcie przynajmniej film!

Jeśli sobie nad nią pomedytujemy, nawet nie rozumiejąc ani w ząb niemieckiego, ta scena ukazuje całą ohydę i absurd niemieckiego przedsięwzięcia umoszczenia sobie gniazdka lebensraumu przy pomocy środka na insekty.
Bo "traktowano" tu obie strony, tę tłumaczoną i tę tłumaczącą - w pewnym sensie - jednakowo: jednych - jak insekty, innych, jak środek na insekty.

Jedna krótka i śmieszno-straszna scena, która jest kwintesencją absurdu czystego zła!
Sfilmowany Aforyzm -  unikat.

5.  Przesłanie
Ale forma i pietyzm wobec szczegółu byłyby tylko grą płochych światełek, gdyby nie poruszające przesłanie.
A przesłanie jest odwieczne, w tym groteskowym przebraniu - wzruszające.
Czy tego polscy realizatorzy nie wiedzą? Że gwarancją powodzenia misji artystycznej, jest wciągnięcie widza do środka filmu przez rozkochanie go w bohaterze?

Gdzie się podziały te wzruszające i irytujące okrzyki z widowni:

   "Uważaj! Z tyłu!!!! Aaaaa!"

Czasem wydaje się, że ci wszyscy reżyserzy, którzy się gromadzą w Gdyni i rozdają sobie nagrody za filmy, których potem nikt nie ogląda, uwzięli się na swoich bohaterów i ich hejtują, bo tak się przyzwyczaili podczas swoich nocnych bijatyk internetowych.

Takie wstydliwe, wytworne nałogi polskich twórców filmowych, uprawiających pedagogikę wstydu..

Ale nie Roberto. Kreuje on bohatera umiejącego kochać.
Bohatera, który samą prawdą swej miłości umie rozkochać w sobie nie tylko kobietę z innego świata.
Potrafi rozkochać ludzi z innej planety, siedzących w fotelach i gryzących popcorn.

Holocaust ?  Znów??? OK. No problem. Oscary i promocja nie zawadzą.
Ale liczy się przede wszystkim piękna historia o miłości.

Istotą miłości jest  c z u j n o ś ć.
Troska w miłości - to czujność. Matka, która budzi się, kiedy jej dziecko płacze, ale nie budzi się, kiedy z hukiem spada wazon z okna.

Nie można ustawać w tej czujności aż do ukończenia biegu. I Arlekin aż do końca jest czujny, pomysłowy, pełen inwencji i nie dopuszczający czarnych myśli.
Heroizm z uśmiechem na ustach, idący tanecznym krokiem na śmierć.
Jest w tym jakieś genialne uzupełnienie dobrej nowiny.

Bóg jest niewidoczny ale obecny najbardziej, jak to można sobie wyobrazić.

7. O poezji 
Ten film można wyświetlać w szkołach filmowych scena po scenie, żeby uczyć języka, stylu i poetyki  filmowej. 

Poetyki, stylu?

Nie przepatrzmy ważniejszego. Delikatnej, jak welon panny młodej, poezji.
Poezja!
Pewna Pani Redaktor powiedziała:

           Odnoszę wrażenie, że poezja jest dla pana ważna.

Mnie, skromnemu adeptowi sztuki blogerskiej, podczas debiutanckiej wizyty w radiu.
Zamurowało mnie i nic więcej ze mnie nie wydobyła.
Ale mam o czym myśleć.

Nie analizuję. Nie umiem ubierać  obłoku w spodnie. Nawet większość poetów tego nie umie. Ale prawdziwą poezję niektórzy umieją smakować. 
Piękny film.

Życzę wspaniałych wrażeń!

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Lema analizy ciąg dalszy

5 sierpnia, krótko :)

Pan profesor Stoff solidnie przeanalizował Lema. Bibliografia wspomagająca analizę imponująca. Imponująca nawet dzisiaj ta moc inspiracji...

Lem - to filozof w kosmicznym hełmie?
To by mnie pocieszało, bo straciłem wiele godzin i dużo miejsca w mojej biblioteczce. Zamiast studiować Pismo, Augustyna, Tomasza Akwinatę,  Tomasza a Kempis, Chestertona, Lewisa a także wielu tych, których już nie nadrobię - fascynowałem się podróżami międzygwiezdnymi, perypetiami bohaterów - wytworów lemowej wyobraźni i problematami - wytworami lemowskiej filozofii przypadku, fantastyki i futurologii.

Zostałem inżynierem - z umiłowania błyszczących, szemrzących wytwornie cacek, zwiastunów Przyszłej Epoki. Poruszających się na czarnych, jak heban oponach, z wirującymi w słońcu, dającymi odbicie zachwyconej twarzyczki chłopca, blaszanymi talerzami po bokach.
Później dopiero przyszło otrzeźwienie, że trzeba umieć policzyć moment gnący i umieć rysować zestawienie montażowe. A także mieć wyczucie,  gdzie moment gnący będzie wyginał najbardziej. Żeby nie kompromitować się liczeniem z dokładnością do milimetrów w jednym miejscu, gdy się nie policzyło z dokładnością do centymetrów w innym.
No i trzeba by było żyć w kraju, który ma ambicję tworzyć oryginalne konstrukcje takich cacek a nie poprzestawać na kupowaniu licencji i nieuchronnym pozostawaniu w tyle wyścigu.

Coś się zmieniło?
Widzę wokół podobne fascynacje rozwiązaniami technicznych  cacek, niestety przeważnie "stamtąd". I podobne działania - liczenia z dokładnością do milimetra tam, gdzie na oko widać, że trzyma. A pomyłki na metry, tam gdzie puszcza. 
Zasada instrukcji, rutyny,  procedury doprowadzone do absurdu. 
"Instrukcje obsługi" są pełne oczywistych i banalnych pouczeń, "jak się nie poparzyć gorącą kawą" a brak w nich porad, jak rozwiązać prawdziwy, chociaż przecież łatwy do przewidzenia, standardowy problem.

Przeczuwam, podobne do niegdysiejszych moich, frustracje pracy w kraju, który oryginalnych wytworów nie tworzy, bo wyścig odbywa się gdzie indziej.

Frustracje z powodu braku pola do popisu dla oryginalnych koncepcji byłyby może potencjalnym źródłem presji na zmiany.
Co je neutralizuje? Niezdrowe fascynacje "cackami" i chęć krzątania się wokół nich. Dziecinne marzenia, które nie mają się gdzie przemienić w dojrzałą, twórczą działalność.

Teraz mam już inne hobby. Trochę kosztem zawodu, bo mój "techniczny" blog bezwstydnie zaniedbuję.
Muszę właśnie zmykać tam. Mam coś do zapisania. 

Czy w tym swoim nowym hobby, braki w formacji pokryję doświadczeniem i wyczuciem, aby uniknąć humanistycznego "liczenia z dokładnością do mm, tam, gdzie i tak trzyma a zaniedbania na m, tam gdzie puszcza"?

Jeszcze tylko szybki, ważny cytat ze Stoffa (podkreślenie KR).:

Tragizm łączy się zawsze z transcendencją, z otwarciem na Coś czy Kogoś, nieskończenie przerastającego jednostkę, która uwikłana została w winę tragiczną. Zniszczenie wartości w nieuniknionym zderzeniu z inną, równorzędną wartością - bo na tym w istocie tragizm polega - dokonuje się zawsze w obliczu jakiejś instancji wyższej, która temu, co się dzieje nadaje sens, mimo zniszczenia czegoś wielkiego, istotnego.
I pomyśleć, że czcigodny profesor snuje takie rozważania na kanwie twórczości mojego "specjalisty od cacek", zdeklarowanego ateisty!
Oczywiście trzeba przyznać, że "cacka" były wplecione w "mądrą" historię, w której człowiek i jego dusza, nawet, jeśli nie przywoływana wprost, zawsze grały rozstrzygająca rolę.
Dobra literatura zawiera na dnie, niby pod siedmioma pierzynami łóżka księżniczki, ziarnko grochu filozofii. I tylko księżniczka go wyczuje.

A Stoff? Czy to własnie ta księżniczka?
Czy ogłasza zwycięstwo "mądrej, kosmicznej bajki z morałem", czy też popada w naukową manierę rozszczepiania włosa na czworo i dorabiania na siłę filozofii?

Czytać dalej?

poniedziałek, 29 lipca 2013

Lem, jako prorok

29 lipca, jak to dobrze jest się lenić w lipcu ...


Jak byłem młody i głupi, nie czytałem Biblii, tylko Lema. Wszystko, jak leci.
A facet napisał całą świecką biblię. Potem, niestety uwierzył w swoją proroczą moc. Jednocześnie (czy to przypadek? Pewnie tak....) utracił moc nade mną.

Ale po latach, kiedy nie wracam Lema, ale czasem obije mi się o ucho jakieś echo jego myśli u innych Jego fascynatów, przypominam coś sobie.

Jego zastanawiająco prorocze intuicje.
Ba. Nie tylko to.

I ja miałem jakieś dobre intuicje.
W końcu lat siedemdziesiątych, ja, "cham od klawiatury", wtedy zresztą od klawiatury maszyn do perforowania kart, pewnej studentce polonistyki opowiedziałem o literaturoznawczym, wykraczającym poza getto fantastyki, zacięciu autora książki - "Fantastyka i Futurologia".
Lem już wtedy był znanym i cenionym na świecie pisarzem, ale jednak z etykietką "fantastyki naukowej".

Ciekawiło mnie, czy polska filologia dostrzegła już jego samodzielną rolę pisarza - filozofa i literaturoznawcy.
Odpowiedź była negatywna.
Studentka była z Poznania. Nie wiedziała, że niemal dokładnie w tym czasie, Lemem, w sposób naukowy zainteresował się mój niemal rówieśnik - Andrzej Stoff z Torunia. I napisał pracę doktorską. Leżała u mnie w piwnicy tyle lat. Przetrwała dwie przeprowadzki, które, jak wiadomo, "równają się spaleniu".
Teraz,w upały, przyjemnie zejść do piwnicy, to robi się niepodziewane odkrycia.

Po przeczytaniu jego analizy, widzę Lema intuicje - jakby na nowo. Odkrywam drugie ich dno. Mam wprawdzie osłabiony słuch i wzrok, ale ostrzej widzę oczyma duszy?
Bo ciało ma okres eksploatacji niecałą setkę lat (stosownie do kultury użytkowania, genów i Boskiego zrządzenia) ale dusza jest nieśmiertelna, więc jestem szczeniak, nieco wyrośnięty.

Przepiszę teraz bez komentarza od pana profesora fragment opisu "nowego, wspaniałego świata" wypreparowany ostrym skalpelem badacza z powieści Stanisława Lema "Powrót z gwiazd". Kiedyś to czytali w Polskim Radiu. Opowieść kosmiczna. Fascynująca (przynajmniej mnie, przynajmniej wtedy), nieco pesymistyczna.
Teraz, nie czytając, tylko dając się ponieść dawnym wspomnieniom, pobudzanym przez ów skalpel filologa - poczułem się w pewnym momencie, jak astronauta, który właśnie wylądował. 

A przecież nigdzie mnie nie wystrzelono, nie odbyłem podróży kosmicznej z prędkością podświetlną i nie jestem starym człowiekiem, kalendarzowo kilkusetletnim, biologicznie - czterdziestolatkiem.

Jestem młodym, dobiegającym siedemdziesiątki człowiekiem, który czuje się, jakby wskoczył do powieści Lema. Posłuchajcie....

prof. Andrzej Stoff (Powieści fantastyczno-naukowe Stanisława-Lema, 1977 - praca doktorska,  1983 - wydanie książkowe)
Najbardziej wnikliwie rozpatruje autor sferę życia osobistego mieszkańców przyszłego, doskonałego świata. (...)
Jedynym kryterium doboru erotycznego jest młodość. Obsesja młodości połączona z przedłużeniem życia prowadzi do częstych operacji odmładzających, panicznego lęku przed siwizną i zmarszczkami dyskredytującymi jednostkę w oczach społeczności. 
(Tutaj Lem okazał się optymistą w swym pesymizmie. Pieniądz, jako kryterium doboru seksualnego nawet zyskał na znaczeniu. Ale ten "nowy czynnik" - bingo! Przyp. KR)

Łatwości w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich towarzyszy rozsądek "nieszczęśliwie zakochanych".
Rywalizacja, gwałtowne okazywanie uczuć wykreślone zostały z repertuaru zachowań.
Dewaluacji uległo pojęcie wierności.
Posiadanie potomstwa jest możliwe dopiero po złożeniu przez małżonków egzaminu ...
(No nie. Nie ma mowy. Tylko Kościół Katolicki, jako protezę wychowania do dojrzałości i odpowiedzialności stosuje takie ograniczniki. Z miernym skutkiem. Przyp.KR)

...a dzieci bardzo wcześnie poddawane są wszechstronnym procesom wychowawczym
w duchu kształtowania instynktu stadnego, lekceważenia i obrzydzenia przeszłości i kultu istniejącego stanu rzeczy jako najwyższego dobra.
(...)
Sztuka prawie nie istnieje. Są tylko jej żałosne namiastki, jarmarczne substytuty niebezpiecznych przygód (Pałac Merlina), kult gwiazd "realu" i telewizyjna papka informacyjna.
(...)
Tylko ostatni reprezentanci starego pokolenia znają jeszcze Szekspira, Homera i Platona. Obraz codzienności to szeroka panorama życia ułatwionego, przypominającego - szczególnie dzięki modzie obowiązującej kobiety i mężczyzn - wieczny karnawał.
Jeśli uświadommy sobie datę wydania książki: 1961 rok. I analizy badacza: 1977 - wrażenie dziwnego proroctwa staje się uderzające.
Oczywiście z kilkoma zastrzeżeniami.

Po pierwsze:
Obraz nie jest wierny.
Trochę przypomina złudzenia i otrzeźwienia rozwodnika ze starego dowcipu.
"Nowa żona ma wady pierwszej i ... swoje własne na dodatek".
Bo "u nas" właściwie żadne wady "przeszłości", którą pamięta Astronauta Bregg, nie odeszły. Zostały niemal w komplecie.

Pieniądz dalej rządzi.
A wygoda ogranicza się często do gadżetów, bez których można się obejść.
I dotyczy części społeczeństwa. I nie wszystkich obszarów ziemi. Raczej plamy wynaturzonej wygody.

No i koszty! U Lema - problem kosztów - został rozwiązany. Tutaj wisi nad nami, jak miecz Damoklesa. Jako
(a) dziura budżetowa uchwalana z wielką pompą,
(b) papierowy pieniądz z drukarenki plastykowych chłopczyków, zwanych premierami lub prezydentami.
I
(c) nasze własne, zaciągane na potęgę, kredyty.

Po drugie:
Obraz opisany w powieści nie króluje dziś jeszcze w przestrzeni realnej.
W medialnej - już tak.
Media nie zostały u Lema dostatecznie docenione.

Ich złowrogą rolę opisał (też proroczo) wcześniej Orwell. Ale jakiekolwiek skojarzenia z tą zakazaną wówczas książką mogłyby być dla jego twórczości niebezpieczne.
A może Lem nie znał wówczas Orwella?

Dlatego "u nas" - w realnym świecie mamy do czynienia ze zmaganiem się o rząd dusz między wizją z "Powrotu z Gwiazd" a starym porządkiem. I nic nie jest przesądzone.

Na szczęście.