Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Impresja literacko-historyczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Impresja literacko-historyczna. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 grudnia 2013

Gawęda o radiu (tekst z przełomu 2010/2011 - niedokończony)

Słuchacie radia? 

No tak, puszcza się coś, podczas jazdy samochodem. 
Dwójka? Oj, ale ambitne, jakaś Jesień, ale Warszawska! Coś lżejszego? 
Classic? O matko, znów leci ten nieśmiertelny poważny przebój. Jeszcze lżejszego?
Pogoda? Za lekkie i oklepane? 
Może Jazz? Nie ma już?  A zamiast tego jest jakieś Chilli Zet, czy coś w tym rodzaju. Padło. Za mała słuchalność, za mało reklam, nie starczy na opłatę koncesyjną.

Gdzie posłuchać bluesa albo country, gdzie piosenki z tekstem, a gdzie porządnego koncertu Mahlera pod dyrekcją Marinera, Karajana, albo chociaż Semkowa? 
A gdzie opery?

Nie, nie! Przełącz tę łomotaninę!  

W Tok-FM przestali denerwować swoimi grepsami i puścili nawet ludzki jazzik. Ale już się boję, jak mnie zaraz zaczną upominać. I zanim przełączę i tak mi humor zepsują.

Czasem leci coś fajnego w Radiu dla Ciebie, czasem w Trójce, ale ostatnio zrobili się strasznie awangardowi i łomocą tak, że nawet moja córka wysiada. 

Jej najczęstsza prośba, to teraz „ Tato, przycisz…”
Łatwiej znaleźć coś w Internecie, ale nie mam jeszcze takich urządzeń, żeby tego słuchać w samochodzie.

I…. mam! Mam swoje ulubione radio.  Mam, ale nie powiem. Bo trzeba porządnie. A na razie porządnie to się rozmarzyłem o swojej młodości...

Jak długo (będę je miał) ? Kto to wie. Nic nie ma stałego na tym najlepszym ze światów.

II prawo termodynamiki mówi, że pewna stała fizyczna może się tylko zwiększać. Nazwano ją bardzo mądrze „entropią”. 

Nie bardzo wiadomo, co to jest. 
Musiałem zdać egzamin i znów nie pamiętam wzoru. Zakuć, zdać, zapomnieć.

Ale podejrzewam, że to coś złego, bo ciągle się powiększa, chyba, że interweniuje „czynnik zewnętrzny”. 

Z doświadczenia zaś wiem, że jeśli się nie staramy, czyli nie czynimy wysiłków, każda rzecz się pogarsza. Dom robi wrażenie, jeśli nie opuszczenia - to zapuszczenia. Bruk porasta trawą, nawet asfalt zaczyna się wybrzuszać od korzeni wypychających go od dołu. 

A dobre radio staje się radiem gorszym. Aż przestajemy go słuchać.

Jestem dyletantem radia w znaczeniu etymologicznym. W rozważaniach etymologicznych łatwiej mi się posłużyć włoskim, tą łaciną dla ubogich, którą posługują się  papież Polak i Niemiec. (A teraz - Argentyńczyk przyp. KR 13 grudnia 2013).

Nowe słowniki włoskiego tłumaczą bez pardonu: dilettante – laik. 
Łagodniejsza nazwa ignoranta. Nawet się rymuje.

Na szczęście jeszcze pamiętam i mogę się podeprzeć słownikiem, w którym ręce maczała stara, kochana włosko-polska  rodzina Celeste i Zbigniewa Zawadzkich: dilettante – amator, miłośnik. 

A jeszcze lepiej: dilettare – rozkoszować się, lubować się. W tak użytym i wyjaśnionym słowie moja niekompetencja jest broniona przez moją miłość.


Sny młodości

Miłośnik radia. Wypada to krótko uzasadnić. Wzrastałem w czasach, kiedy radio było prawdziwym „oknem na świat”. Wystarczyło przekręcić gałkę i zamiast Wandy Odolskiej (fala 48 - imperialiści wszystkich krajów - bójcie się!) słuchało się komentarza Wiktora Trościanki albo Jana Nowaka - Jeziorańskiego.


Wprawdzie komentarz często było ledwo słychać spoza buczenia zagłuszarki i spiker Radia Wolna Europa musiał dodawać odwagi: „Nie lękajcie się zagłuszeń!”.

Lękać się było czego. Pamiętam, jak kiedyś spóźniony wychodziłem do szkoły i z ulicy usłyszałem, jak mój Ojciec zaczął słuchać wiadomej audycji. Dźwięk dochodzący z pierwszego piętra Jego pokoju był niepowtarzalny i nie budzący żadnych wątpliwości dla jakiegoś donosiciela. Spod pulsującego, nachalnego ryku „Rozgłośni imienia Mariana Buczka” wydostawał się z trudem charakterystyczny głos spikera, czytającego wiadomości. Mimo ryzyka spóźnienia na lekcję cofnąłem się i uświadomiłem Ojcu, że właśnie ryzykuje dużymi nieprzyjemnościami próbując otworzyć jednocześnie „okno na świat” i okno na ulicę.

Oprócz prawdziwej polityki prowadzonej z Monachium, Londynu przez przedwojennych patriotów,  żołnierzy Powstania Warszawskiego i spod Monte Cassino, nadawano Podwieczorki Przy Mikrofonie, też z udziałem przedwojennych patriotów, artystów występujących przed wojną w legendarnych teatrzykach i kabaretach. W czasie wojny to byli zwykli żołnierze Powstania Warszawskiego (Jan Krzysztof Markowski) lub artyści – żołnierze. Występujący często pod ostrzałem dla kolegów z Armii Andersa (Zofia Terné, Renata Bogdańska-Anders).


Były nawet słuchowiska!
Pamiętam jedno na temat dramatycznej walki z czasem o dostarczenie rzadkiego leku na krzepliwość krwi zagrożonemu śmiercią z jej upływu dziecka.

Wojna Światowa się skończyła. Trwała dalej nieprzerwana wojna radiowa o Wolną Polskę, za pośrednictwem Wolnej Europy.

To Radio narzucało standardy Polskiemu Radiu znajdującemu się pod komunistycznym nadzorem. A może ułatwiało pracę jego uczciwym pracownikom, próbującym w warunkach zniewolenia  swoją grę z komunistycznymi mianowańcami trzymającymi lejce władzy nad jednym z najlepszych na świecie mediów przed wojną?

Bo komunistyczne Radio było ciekawe. Może właśnie ciekawsze przez to, że zmuszone konkurować z Wolną Europą?

Od roku 58-mego Podwieczorki przy Mikrofonie pod wodzą Zenona Wiktorczyka, krajowe odbicie przedwojennych i emigracyjnych Podwieczorków, jakby dziwna rozmowa poprzez Żelazną Kurtynę prowadzona niejednokrotnie przez kolegów i przyjaciół.

Tamci, wolni i swobodni mogli złośliwie przygadać. Ci zaś niestety nie mogli za bardzo się odciąć. Bo pojechać językiem czerwonych nadzorców? Brrr. Tego się w tym towarzystwie nie robiło.

A inne ?
Niezapomniana Irena Kwiatkowska czytająca powieści dla młodzieży.  Którą długo brałem za młodego, zapamiętale opowiadającego, o dobrej dykcji, urwisa.

Matysiakowie z ulicy Dobrej, których podsłuchiwało się co wieczór.

Zgaduj Zgadule, które stały się tak popularne, że miały swoje odpowiedniki na lokalnych imprezach rozrywkowych.

Ale przede wszystkim Powieści Radiowe i Teatr Polskiego Radia, przedstawiające arcydzieła literatury i dramatu z najświetniejszymi kreacjami legendarnych aktorów.

Te głosy tak mi się utrwaliły, że do dzisiaj  rozpoznaję bezbłędnie głos Ireny Eichlerówny, Wieńczysława Glińskiego, też żołnierza Powstania, Andrzeja Łapickiego, Władysława Hańczę. Prześmiesznego Jana Kurnakowicza i  jego konkurenta do aureoli sławy komika, Aleksandra Dzwonkowskiego, czy Tadeusza Fijewskiego albo Stefana Witasa, Aleksandra Żabczyńskiego. 

Albo pewnego - lektora o aksamitnym głosie, w którym kochały się kobiety, a którego właściciel nie dorównywał urodą – Jego zapowiedzi pogody lub godziny były niepowtarzalne i do dzisiaj brzmią mi w uszach. Jak on się nazywał???

Do teatrów warszawskich na te wspaniałe kreacje nie mogłem wówczas chodzić. 525 kilometrów. A dużo później, kiedy chodziłem, większość z nich już nie żyła. Wychowałem się na Teatrze Polskiego Radia. I potrafię do dzisiaj docenić mistrzostwo słowa, jeśli je słyszę.

Mam chyba jeszcze w swojej bibliotece książkę - pracę doktorską niewidomego znawcy, Michała Kaziów -  „O dziele radiowym: z zagadnień estetyki oryginalnego słuchowiska”.

Dzięki panu Michałowi uświadomiłem sobie, jak radio ma wiele wspólnego z tradycyjną literaturą. Jest zjawiskiem podobnym do czytania dziecku przed snem. Kiedy ono, słuchając, ma zamknięte oczy.

Radio pozwala na zadzierzgnięcie  intymnej więzi między radiowcem a słuchaczem. Więzi subtelnej, „nie inwazyjnej”, nie nachalnej. 

Słuchacz jest tu stroną współpracującą. Wymaga się od niego czujności i wyobraźni. Zakłada się samodzielność i zdolność wnioskowania. 

Radio buduje wyobraźnię słowem. Słowem, które trzeba usłyszeć i przemyśleć. Przetrawić. Radio nie znosi pyskówek, chamstwa i hałasu. Przekrzykiwania się i stawiania na swoim. Słuchacz radia wie swoje. Taka konkurencja ponad żelazną kurtyną miała swoje dobre owoce.

Telewizja, kiedy powstała a ciągle jeszcze nie została odkryta jako zbrojne ramię władzy, mogła się wzorować.  Zresztą wraz z jej rozwojem Radio ustąpiło jej pierwszeństwa: Teatrowi Poniedziałkowemu i czwartkowej Kobrze z plejadą aktorów.
Czuło się wtedy, gdy czasem była transmisja z prowincjonalnych teatrów, że „to już nie to”.

Ale pozostańmy przy radiu.
Bo nie tylko teatr był specialité de la maison radia.

Był też kabaret absurdu, który tak ściśle pasował do peerowskich realiów. Poczynając od Eterka Jeremiego Przybory. I znów wspaniali aktorzy:  Irena Kwiatkowska i Tadeusz Fijewski. Później inne z tą samą wiecznie młodą i niezawodną Ireną Kwiatkowską. 

Jerzy Dobrowolski, Wojciech Pokora. W innym składzie Jerzy Fedorowicz, Maciej Zembaty, Andrzej Zaorski, Jan Tadeusz Stanisławski i last but not least, Stefan Friedman, już bez, zdawałoby się przyrośniętej, maski Gieńka Matysiaka, którą nosił jeszcze w szkole średniej. Zrzucił ją i został satyrykiem i porządnym aktorem.

A audycje o bluesie, muzyce country oraz ciekawych zjawiskach zachodniej muzyki popularnej? 

Głosy Wojciecha Manna, Korneliusza Pacudy, Marka Niedźwieckiego, Marka Gaszyńskiego. A Trzy Kwadranse Jazzu ciągnące się latami po godzinie 23-ciej ze wspaniałym saksofonistą i gawędziarzem Jane Ptaszynem Wróblewskim?

Jeszcze nie tak dawno, dziesięć lat temu z okładem, wracając wieczorem z niedzielnych wypadów słuchało się ciepłego, jak tuba, głosu Sławka Wierzcholskiego, który oprowadzał po „niebieskim” , świecie kołyszącym się na fali 12 taktów. "Niebieskim", czyli nieco smutnym ale pełnym życia. Prawdziwego życia.

Potem przyszła wolność

Najpierw zachłysnęliśmy się nią. Ale pamiętam niewiele. 

Może tylko wspaniałe audycje wyborcze w radiu Zet przed pierwszymi od wojny wolnymi wyborami, kiedy konkurujący ze sobą politycy jeszcze nie osunęli się w otchłań telewizyjnego szaleństwa, „profesjonalnej” umiejętności wykorzystania swojego krótkiego czasu i kradzieży czasu przeciwnika, przez utrudnienie mu wypowiedzi przerywaniem i pogardliwymi, głośnymi, nieartykułowanymi reakcjami.

Dyskutowali w parach. Argumentowali. Jeszcze się miało wrażenie, że się słuchają. Jeszcze się miało wrażenie, że się szanują. Że mają ze sobą coś wspólnego. Są konkurentami, zawodnikami w walce fair-play.

Wydawało się, że wolność przyniesie rozkwit stu kwiatów. Przyniosła eksplozję wesołkowatości, nijakości, chamstwa. Mamy w Warszawie chyba parędziesiąt radiostacji. Większość nadaje jakiś hałas, siekaninę, łomotaninę. Większość jest prowadzona przez słabo rozpoznawalnych lub aż nazbyt wyrazistych di-dżejów.


Rozwój radia w epoce minionego dwudziestolecia dobrze ilustruje historia Radia Tok FM.  Radio bardzo dobrze sformatowane, ruszyło z impetem i zdobyło sobie ogromną rzeszę wdzięcznych słuchaczy. Powoli zaczęło się przesuwać coraz bardziej na lewo, prawdopodobnie zgodnie z oczekiwaniami właściciela, wycinać co ciekawszych prowadzących. Dziś jego pluralizm jest tożsamy z pluralizmem macierzystej gazety. 
....

czwartek, 17 października 2013

NSZ reaktywacja!

NSZ.
Krytycy Powstania Warszawskiego nie znad kawiarnianego stolika, pseudopartyjnej kanapy czy z lektur młodego pistoleta (a raczej kapiszonowca. Na literę Z). Tylko z głębi lubelskich, kieleckich i częstochowskich lasów.


Notka w Wikipedii, nawet długa i pełna faktów historycznych? Wolne żarty. A gdzie ludzie, ich motywacje, ich marzenia?

Ich charakter, przyzwoitość, twardość, odwaga i fantazja?
Np. w akcji godnej Zagłoby, zdobycia planów sowieckich pól minowych lub niemieckich stanowisk bojowych?
Co decydowało, że byli kochani przez miejscową ludność, mimo, że czasem nawet karali śmiercią?

Chcesz wiedzieć? Elżbieta Cherezińska , Legion. 800 stron.

Książka oparta na dokumentach, ale obfita w mleko, krew, miłość i męską przyjaźń. Czasem ponad podziałami. Ekumenia przyzwoitości między konkretnymi ludźmi z NSZ, AK a nawet z AL i spośród sowieckich zrzutków.

Szlachetność, rozsądek i siła woli. Szlachetność, zagubienie i głupota. Sumienie lub zezwierzęcenie. Prawda i zakłamanie. Nawet nierozwiązana zagadka ludzkiej duszy. Zanim spocznie w dole, jako ofiara "faszystów". W istocie zabita przez swoich, jako element niepewny. Życie. I śmierć.

A bohaterowie z NSZ?
Mieli inną wizję polityczną i umieli ją wcielać w życie. Na taką skalę, ile starczało „budżetu”.
Też przegrali. Jak AK, które walczyła z dodatkowym obciążeniem, jak z garbem. Garbem lojalności wobec sojuszników, która wydawała Polskę i nich samych w łapy sojusznika naszych sojuszników. Nawet bardziej przegrali.

Polska mozaika postaw. Mozaika patriotyzmów. Nie „dwóch”, * : wielu, ale prawdziwych.

Ja - znający, jak tuszę, najnowszą historię Polski nieco lepiej od przeciętnej, nie zdawałem sobie do końca sprawy, jak wspaniałą robotę robili. Zbrojne Polskie Państwo Podziemne w centralnej Polsce. 

Samorząd. Polska konfederacja. Z policją, kwatermistrzostwem, sądami i z salonem śmietanki towarzyskiej oraz klubem gentelmenów w ziemiańskim dworze. Tyle, że we dworze ziemianie, wysiedleni z odzyskanej dwadzieścia lat temu Wielkopolski. Wahadło polsko niemieckie. Ale niesymetryczne. Ciągle niesymetryczne.

Jaką stanowili siłę!
Jaki autorytet i ostoja dla okolicznej ludności. Lepiej czuję, dlaczego byli tak przez komunistów znienawidzeni, zwalczani, mordowani i opluwani. Jeszcze bardziej niż AK.  

Jeśli to możliwe. Ale, jak widać, miara nienawiści do każdej "ludzkiej przeszkody" w zdobyciu władzy i rządu dusz, miara zbrodni państwowej a właściwie antypaństwowej i antynarodowej - nie ma granic.

Na tę Republikę Nadwiślańską zbudowaną siłą talentu, uporu, profesjonalizmu (tak, to słowo – to celowo użyty anachronizm ) głosowali – nogami – żołnierze, chłopstwo i ziemianie. Z małego, biednego oddziału partyzanckiego - Brygada! Z ochotników - patriotów, ale i  niedobitków, uciekinierów, zagubionych i nieświętych, ale nawróconych. Prawie tysiąc osób! I mimo walk - ciągle rosła w siłę, w uzbrojeniu i liczebności! Do półtora tysiąca!

Liczyć się musieli Niemcy, nienawidzić musieli … sojusznicy naszych (wiarołomnych i małodusznych) sojuszników. A w istocie – wrogowie - tak – wrogowie ze wschodu. Mający inne plany. Imperialne. „Kto nie jest z nami, ten … musi sczeznąć!”

„Polscy faszyści”, których wleczono nawet po zachodnich sądach, za ich rzeczywisty lub domniemany antysemityzm. **
Miał on przed wojną (w niektórych kręgach) złą sławę. Ale dopiero Hitler i stojący za nim murem naród niemiecki nadał mu tę szczególną postać. Piekielne znaczenie. Mieszanina apokaliptycznej zbrodni, nieludzkiej pogardy i potwornej oziębłości serca.

W tych sądach – wygrywali jednak pozwani. A nie – oszczercy, wrogowie i pożyteczni, napuszczeni przez nich, idioci. Siłą faktów i świadków, których ocalili. Również Żydów.

Autorka nie ściemnia, że ich bohaterowie kochali Żydów. Jednak niechęć do Żydów, konkurentów w biznesie i często nielojalnych obywateli słabej, nie dającej dostatecznej ochrony swoim obywatelom, II Rzeczypospolitej – to jedno. Ale stosowanie wojennego prawa wobec bandytyzmu połączona z honorową i rycerską postawą  - drugie. 
To nie jest  żaden paradoks. To spójne.
Ratowanie Żydów. Nie – z entuzjazmem, nie - z sympatii. Ale z obowiązku i z przekonania, z poczucia przyzwoitości.

Czy to nie jest aby nauka dla młodych, przykład właściwej postawy? W prawdzie, nawet ze świadomością swojego narodowego egoizmu i zwykłych, ludzkich ograniczeń?
Czy to nie przemówiło by bardziej do młodzieży, której się wpaja abstrakcyjne hasła „tolerancji”? Która obowiązuje wśród myślących podobnie, ale się kończy, kiedy staje się oko w oko z człowiekiem „obcym”?

NSZ. Brygada Świętokrzyska.
Zub-Zdanowicz z przeciętą, złowrogą brwią, „mający talent do ludzi”, prawdziwy twórca oddziału.

Kołaciński - „Żbik”, ukochany "król" okolic Częstochowy, znany i na Kielecczyznie ulubieniec panien i mężatek. Drugi - urodzony organizator.

Ich dowódca, Aleksander Szacki – Bohun, ten – to się kulom naprawdę nie kłaniał!

To Żołnierze Wyklęci, którzy „nie poddali się nikomu”. Dokonali cudów. Przeszli, (chociaż nie wszyscy- to nie był spacer), jak Maczek we wrześniu, zwartą jednostką na Zachód. 

Nie dali się rozbroić ani Niemcom, ani nawet …Amerykanom. Wyzwolili żeński obóz koncentracyjny w Hołyszowie w Czechach. Zapobiegli planowi zabicia Żydówek na wypadek ataku. Uratowali ludzi stojących na skraju wyniszczenia. Przedstawiciele rządów Francji, Belgii, Anglii, Holandii – dziękowali za uwolnienie ich obywatelek. Mieli swoje pięć minut. Byli sławni.

Londyn najpierw myślał, że to oddział AK i się cieszył. By potem – zazdrościć. Ba!
Kontrakcja Moskwy. Agent wpływu podległy GRU– Stefan Lityński odwiedza Brygadę, jako polski dziennikarz. Potem pisze donos w „News Chronicle”, jako Stefan Litauer: „Polscy Faszyści rządzą pięcioma czeskimi wsiami”.

Generał Patton, ratujący honor naszych sojuszników:

Na Boga, powinniśmy podrzeć te cholerne, podłe porozumienia z Sowietami i ruszyć prosto na wschodnie granice.

Ginie w wypadku. Śledztwo szybko umorzone. Bez niewczesnych analogii. Wypadki chodzą po ludziach. Zwłaszcza niewygodnych.

W Polsce i tej Ludowej i tej naszej, trzeciej RP, NSZ ciągle ma zła prasę. Ilu jeszcze jest ochotników - Litauerów? Ale pan Stefan przynajmniej pojechał na miejsce. Teraz by pojechał?

Brygada Świętokrzyska. Oprócz obszernej notki w Wiki ma Wielką Księgę chwały. 

Legion. Niby ostatnia kohorta. Upada nie imperium. Upada odwieczna kraina wolności, która ciągle nie ma do niej szczęścia. 
Gotowy scenariusz na film. Na serial. Niepoprawny. Arcypolski. Jeden Czas Honoru nie czyni wiosny!

Panowie - wieszcze z kamerą! Do roboty!


* Jan Józef Lipski

** Ale i tak mieli szczęście, że nasi sojusznicy - Amerykanie nie wydali ich Sowietom, jak żołnierzy Zapory.
Bo o faszyzm ich oskarżano. Ale o to, że są esesmanami w polskich mundurach, jak Zaporę i jego oddział, jeszcze nie. A przecież Dekutowski był "tylko" z AK! W zasługach u Czechów przebił jednak Bohuna....No tak, ale Zub - Zdanowicz przeszedł do NSZ z AK. Bo chciał walczyć. Na stanowisku, gdzie mógł wykorzystać swój "talent do ludzi". I wykorzystał!

Polskie losy są o wiele ciekawsze niż świadomość ignorantów i idiotów - "antyfaszystów" dla ubogich.


Moje lektury

czyli zapowiedź nowego cyklu, ale bez zobowiązań.

Po nieudanej próbie filmowego "cyklu recenzenckiego", który oczywiście, jak to typowy grafoman, zamierzam kontynuować, bez kłaniania się jakimś moderatorom ani redaktorom, tak mi się jakoś ulało pseudorecenzją książki.

Ale po kolei...

Mój „las” (czyli silva) hmm… trochę usycha, ale skoro „rzeczy” (co, czego - res, rerum) nie trzeba podlewać, to może przetrwa. Najwyżej res się trochę zakurzą.

Wprawdzie jestem starym abnegatem (i muszą zapędzać mnie do mycia łazienki, co robię z … chęcią,  gdy … mycie ma się już ku końcowi), ale zrobię malutkie odkurzanie. Licząc, że szybko mi się zrobi przyjemnie.

Jestem zalatany. Nawet dzisiaj, mam odpowiedzialną funkcję nadzorcy dzielnego rzemieślnika z ekipą, instalującego nam piec gazowy prestiżowej, niemieckiej firmy. Na literę V. Uff! Na literę V!
Ale to nie wszystko i nie będę się przechwalał. To tylko usprawiedliwienie dla tych kilku (co najmniej jednego) wiernych czytelników.

Opowiem krótko (tym razem naprawdę krótko - „zaraz, panie majster, już do pana schodzę!”), co robię, jak siadam i piję herbatę.
Mam za sobą kilka świeższych lektur. Ma być krótko, będzie o jednej. O tej, nad którą nie zasypiałem wieczorem.

Elżbieta Cherezińska, Legion. Cegła, bite 800 stron. Grubsza od Biblii Excela, Johna Walkenbacha, której całej nigdy nie przeczytałem, chociaż ciągle z niej korzystam. A ten Legion przeczytałem od deski do deski. Ale nie jednym ciągiem. Nauczyłem się odrywać od pasjonującej lektury. Kiedyś Zbrodnię i Karę (też niezła cegła) czytałem całą dobę bez przerwy. Teraz to już fizycznie niemożliwe. Mówię to jako inżynier. Znacie tę pouczającą historyjkę?
Jaka jest różnica między fizykiem a inżynierem?

Jeśli zapytamy fizyka, czy kij może latać, on odpowie, że to fizycznie niemożliwe. A inżynier? Odpowie pytaniem: Jaki ma pan budżet na ten projekt?

Co do mnie, cenię sobie ludzi chodzących po ziemi a potrafiących porywać się z motyką na słońce. Zanim jednak się porwą, zatroszczą się o odpowiedni budżet na ten projekt.
O tym jest ta książka pani Elżbiety.

A to jedno drzewo z lasu (na razie raczej zagajnika) moich rzeczy - to taka moja rekomendacja. Opowieść o  lesie przyjaznym, prawdziwym mateczniku polskiego niedźwiedzia, który nie dawał się wykurzyć.

czwartek, 30 maja 2013

Życie kulturalne obywatela PRL


30 maja br, Rozmowa z córką

Opowiada mi wrażenia z lektury zleconej przez jej uniwersyteckich wykładowców. Wirginia Woolf, którą znam tylko z tytułu sztuki Albeego, "sensacji teatralnej" Warszawy połowy lat sześćdziesiątych granej  we Współczesnym na Mokotowskiej. Rolę Marty recenzent Życia Warszawy określa, jako "piekielną".  Ja - jako przejmującą i głęboką. Dla smarkacza to było pouczające i mądre studium starego małżeństwa. Zgadzam się z dalszą częścią zdania ...
"najwyższy egzamin dla aktorki. Antonina Gordon-Górecka zagrała ja cudownie, osiągając sukces godny zapisania w kronikach teatralnych."
- Sekundował jej Jan Kreczmar -George,.zaś Barbara Wrzesińska, ładną, głupią Honey.
Ale później zostałem  prawdziwym wielbicielem Richarda Burtona i Elizabeth Taylor. Oboje już byli starsi i wtedy dopiero, bez zakłócającego ich aktorski kunszt "piękna" zabłysnął ich mistrzowski warsztat.
Recenzje wzmiankowały tytułową Wirginię, jako niezbyt wybitną pisarkę amerykańską.
Wydał ją Czytelnik w serii Nike trzy lata wcześniej. Córka czyta wydanie z tego roku. Ciekawe, czy to się jej wydaje niczym dla mnie przedwojenne wydanie Trędowatej?


PRL nie był taki prowicjonalny, jak by się wydawało. Coś się jednak wydawało. Drukiem! Nawet niezbyt wybitne pisarki amerykańskie. Ale ja nie zajmuję się wybielaniem tego odrażającego ustroju. Ja tylko wspominam. Trzeba było żyć i chodzić do teatru....