wtorek, 6 maja 2014

Płytki i niedouczony

Ale kto?
Polski katolicyzm czy Jerzy Stuhr?

Tylko chwila. Muszę to odnotować
Polski katolicyzm jest płytki, niedouczony i fanatyczny (...) Rozmawiałem z Roberto Benigni i powiedziałem, że nie mógłbym w Polsce nakręcić takiego filmu, jak Życie jest piękne. A on: "Mieszkasz za blisko Auschwitz"...
A więc on nie może nakręcić takiego (dobrego?) filmu, który umie śmiać się z Holocoustu, bo polski katolicyzm jest płytki, niedouczony i fanatyczny?

Ileż to atramentu wylano nad tym "płytkim, niedouczonym i fanatycznym katolicyzmem"!

Ilu "mędrców" się z tym mierzyło!
Wieszczyło klęskę kardynałowi Wyszyńskiemu w jego inicjatywie odnowienia Ślubów Jana Kazimierza. Ach ta polska, babska, dziecinna maryjność!  
Pół episkopatu miało wątpliwości! Ale mieli pokorę, głębokiego ducha wspólnoty i służby.
Niech prymas zdecyduje.
I zdecydował!

No i mamy krytyka ostatniej godziny, głębokiego i douczonego. Wychował wprawdzie syna po dwóch fakultetach, a więc douczonego, ale co z tego, skoro synalek nie douczył się, jak to było z tą Cedynią.
Czy to myśmy się chronili za ich dziećmi, czy też oni nas atakowali, chroniąc się za naszymi dziećmi?
Ale mniejsza z tym. Wprawdzie niedaleko pada jabłko od jabłoni, ale jednak jabłko - to nie jabłoń. No i nie powtarzajmy niehonorowego ataku przy pomocy ich dziecka.

To, że nie wykorzystujemy wszystkich okazji, żeby siedzieć cicho, świadczy o niedouczeniu i płytkości? O fanatyzmie?
Może uparte domaganie się wyjaśnienia przyczyn Katastrofy Smoleńskiej?
Wyrazem mądrości i głębokiej, duchowej formacji oraz otwartości i braku fanatyzmu jest uznawać Ewangelię Laska, Tuska, Anodina* i Putina? Oraz zatykać nos na sam dźwięk słowa zamach?

Ciii...
O teologii miało być....
No to, jak to jest, z tą krytyką? Polski katolicyzm. Zostawmy już ten "fanatyzm", bo do jutra nie skończymy. Niech mu będzie, panu S. Zawsze lepiej być fanatycznym, niż letnim, jak to było w Ewangelii?

Płytki i niedouczony. Ale kto jest płytki i niedouczony?
Wierni mają płytką wiarę i są niedouczeni?
Czy może hierarchowie?

Czy to, że samą modlitwą pokonaliśmy światowe potęgi (i mamy pełne kościoły a Czesi mają puste), my - wojskowe i gospodarcze słabeusze i niedouczone niemoty, świadczy o płytkości czy o niedouczeniu?

A to, że daliśmy światu Profesora, Poetę, Człowieka Modlitwy, Proroka i Egzorcystę Demonów Totalitaryzmu, Świętego Papieża?
O czym to świadczy?!

Pewnie o obu wadach naraz.

A poza tym, czy katolicyzm jest (tylko) dla ludzi uczonych?
Jeden mój były idol (bardzo douczony) też lubił się wypowiadać (wymądrzać) na temat szkodliwej, irracjonalnej, babskiej, polskiej  maryjności.
Tyle zrozumiał w swojej uczoności z istoty polskiego katolicyzmu, co byle pyszny heretyk.
No i się doigrał. Właśnie teraz, gdy ma szansę zdobyć upragniony mandat europosła, zgłupiał do reszty i swoje niewątpliwie słuszne poglądy głosi w idiotyczny sposób. Najbardziej zatrważające są jego proputinowskie dyrdymały. Zupełnie, jakby został przewerbowany. Albo jakby dopadła go ta choroba, której ja też się obawiam.

Boże uchowaj!

Dużo u nas jest głupoty i myślowych mielizn?
Ależ oczywiście. Nie są na te nieszczęścia impregnowane nawet najtęższe umysły. Uczone, jak wszyscy diabli. Bo uczoność NIE JEST synonimem mądrości. Wiesz ty, panie arcykomediancie, kto lepiej zna Biblię od największych biblistów?
Nie wiesz?
To ja ci nie powiem. Musisz się douczyć.

Zaś, co do niemożności nakręcenia dobrego, dowcipnego, mądrego i pięknego, wzruszającego filmu, to brzydko jest zwalać winę za swoją twórczą niemoc na swój płytki, niedouczony, katolicki, maryjny, naród.
Prawdziwi geniusze czując z narodem, nigdy mu nie schlebiali. Krytykowali go, patrząc głęboko i daleko. I tworzyli dzieła na miarę swego talentu.

Komedianci do komedii! Ćwiczyć mądre poczucie humoru. Może im nie wyjdzie od razu Benigni, ale może chociaż pół Barei?
Profesorowie - do modlitwy! Pogłębić. Bo płytko, aż szoruje!

A synalkowi kupić chociaż Jasienicę. Niech chłop się douczy!

* odmiana zgodnie z licentia poetica, korekta, proszę nie zmieniać...

piątek, 25 kwietnia 2014

Prowizorka na chwilę zawieszona przez … Szewca cz.III

Część trzecia - Szewc


Słuchałem wczoraj (Poranek Wnet) świadectwa pewnego prawdziwego, nie wykreowanego Szewca. Stanisława Żmiji, ze Stanisława Dolnego, spod Wadowic! Niektórzy wiedzą, jaki mam sentyment do tego zawodu. Taki, że prawie zalatuje ode mnie szewskim klejem.

Ten prawdziwy Szewc mówił o tym, jak robił buty dla polskiego papieża.  Mowa prosta, głos chropawy, czasem się łamie ze wzruszenia, widać, że człek opowiada spod serca, obrazy wracają, umiłowana Postać ożywa, Uśmiech promienieje, z głębi Oczu, dobrotliwy, porozumiewawczy. Te Oczy. Uważne, rozumiejące, przenikające. Rozumiejące, jak to oczy Dobrego Ojca. Takim był, poświadczam, chociaż nigdy się do niego nie zbliżyłem, jak Szewc, Stanisław, ze Stanisława.

Szewc opowiada o papieżu i o butach:
Nie, żeby w nich chodził, ale żeby miał. Bo kiedyś, przed wojną (mówili mi) On marzył właśnie o takich butach. A nie mógł sobie na nie pozwolić. I chodził w drewniakach. Proboszcz poradził, opowiedział, zachęcił. Pojechałem w stanie wojennym na pielgrzymkę, na kanonizację  świętego Maksymiliana Kolbe. Na granicy musiałem się celnikom tłumaczyć. „Dla papieża” - mówię, a oni … się uśmiechnęli. Stoję sobie z tymi butami w auli Pawła VI. Dobrze mnie ustawili, Pan Bóg zrządził, w przejściu, gdzie papież chodził. Wreszcie się zbliża, a mnie zaparło dech, straciłem język. I on sam do mnie przemówił. Tak ciepło i serdecznie, że mi się język rozwiązał. Stwarzał takie wrażenie, że nie on był najważniejszy. Wypytywał się mnie, skąd przyjechałem, czy daleko mieszkam od Wadowic. Ojcze Święty. Piętnaście kilometrów Stanisław Dolny jest. „O – to my są krajany!”. Dopiero, jak odchodził, przypomniałem sobie o butach. Ja myślałem, że to będą buty na pokaz, jako coś, co chciał mieć za młodu. Ale on je wdziewał. Lubił w nich chodzić! A ja na pewno dzięki niemu chodzę, bo już było źle. Przysłali mi depeszę, że się modli. Ale po namyśle, tak powiedział, bo mi potem powiedzieli: No co, tylko Ojciec Święty ma chorować a szewc nie?
Czy w tym tekście prostego Szewca spod Wadowic jest jakaś poezja? I skąd się wzięła?
Co to jest?

Świadectwo.
Prawdziwi Szewcy nie gadają niepotrzebnych rzeczy ale i nie mają monopolu na prozę poetycką wyrażającą inny wymiar rzeczywistości.

Pewna młoda, mądra i piękna pani, której nigdy nie widziałem na oczy, a która kiedyś obdarzyła mnie aforyzmem, gdy zagadałem Szewcem, też widzi i opisuje. Zacytuję jeden fragment z jej medytacji Najświętszej Liturgii.
…rozlega się „Chwała na wysokości Bogu” i nagle wybucha w kościele światło, śpiew, dźwięk dzwonów i dzwonków w rękach ministrantów.
Tym razem jeden instrument pozostał nieobsadzony- gong. Hymn trwał, gdy ten niepełnosprawny ministrant powoli zaczął iść przez prezbiterium. Zwykle w chodzeniu pomaga mu któryś inny, tym razem nie, więc trwało to dłużej.
W końcu jednak dotarł na miejsce, powoli się pochylił, wziął pałeczkę i zaczął uderzać w instrument. Teraz nie brakowało żadnego głosu. Cały Kościół śpiewał swoją świętą pieśń, której doskonałość nie była popisem umiejętności.
Pieśń, która byłaby uboższa, gdyby na miejscu chorego był ktoś inny …
Co łączy te dwa teksty? Prostą, chropawą, pełna zacięć ze wzruszenia, opowieść prawdziwego Szewca (niech mu Bóg błogosławi!)  i subtelną, w pastelowych kolorach utrzymaną, obrazkową medytację wykształconej i subtelnej kobiety i matki (oby Bóg miał ją w swej opiece!)?

Czy to poezja, sięgająca, może mimowolnie, nadspodziewanie „łatwo”, wymiaru mistycznego? Czy raczej to mistyka zamienia jourdainowską prozę w poezję, która z kolei, ona jedna! jest zdolna dotrzeć do owego „innego wymiaru rzeczywistości”?
Dlaczego tak chwyta za serce?

Jest takie powiedzenie, mądre, czy głupie, ale dość popularne.
(… – tu pada imię, którego dziś nie wypada przywoływać) … siedzi w szczegółach.
A ja myślę sobie, że jest "trochę" inaczej. I nie wyjdę od wilka, którego nie wywołuję, tylko właśnie od szczegółu. Bo ów wilk siedzi w szczególe wówczas, gdy ten szczegół jest częścią samą w sobie. Kamieniem na drodze, o który się potykamy a nawet kopiemy go ze złością, bo nabiliśmy sobie przez niego guza. I ów wilk cieszy się, gdy nam rzeczywistość pokawałkowała się na takie bezużyteczne, raniące się nawzajem, odłamki.  Stop. Nie wgłębiajmy się dziś w te rozważania. Kontemplujmy inną rzeczywistość.

Wyjdźmy od rzeczywistego, nieusuwalnego faktu. Najdrobniejszego, ale tak znamiennego, że zapada w pamięć na całe życie.
Świadectwo. Zastanawiający szczegół, który opromieniony wiarą i miłością zostaje umieszczony w kontekście i zharmonizowany z większa całością, staje się integralną, niezbędną częścią tej całości. Ukazuje swój ukryty sens. I odkrycie tego sensu i tej harmonii jest poetyckim poematem Uwielbienia.

Świadectwo. Świadectwo kogoś z poddanych Królestwa Bożego. Pietyzm dla szczegółu i umieszczenie go kontekście Czegoś większego. Czyli Miłość Prawdy i ciągłe nawracanie do Mądrości. W swoistym braterstwie z innymi, choćby wciąż błądzącymi, poddanymi Królestwa. Gdziekolwiek są. Blisko, czy daleko.

To właśnie ów inny wymiar rzeczywistości, który przeniknął tajemniczo do dusz Szewca i Młodej Matki, prześwietlił je i znalazł ujście w świadectwie, które jest czystą poezją.
To iluzja, czy rzeczywistość?

A kto to może docenić? Spodziewam się, że moi wirtualni przyjaciele, adresaci tej epistolografii, przypadkowi czytelnicy. Szukający Królestwa Bożego, które jest na co dzień jakoś ukryte, ale ciągle się objawia uważnemu oku. I za chwilę znów się ukrywa. Ale nigdy nie znika. Pamiętajmy o tym, nawet wówczas, kiedy „mamy robotę”.

Ale rozglądajmy się, bo świadectwa ciągle się pojawiają. 

Prowizorka na chwilę zawieszona przez … Szewca cz.II Poezja

Część druga – Poezja jako więź


Święty Jan Paweł powiedział kiedyś (cytuję za wzruszającym reportażem z Watykanu Stefana prawie Czarneckiego, bo Czernieckiego, w najnowszej Gazecie Polskiej, ale cytują go - Jana Pawła - prawie wszyscy, od lewa do prawa – ot, fenomen JPII):

Poezja to wielka Pani, której trzeba się całkowicie poświęcić. Obawiam się, że nie byłem wobec niej zupełnie w porządku.

Mnie, pyłek u Jego sandałów, to uderzyło. Trzeba się całkowicie poświęcić. Nawet, jak się uprawia pół-publiczną epistolografię. A jak całkowicie … nie można?

To trzeba czasem zarwać nockę albo zrobić sobie „wagary”. Jan Paweł czytał poezję polską nocami. Tłumaczył się tak niedowierzającemu, że ma czas na jego wiersze, Ernestowi Bryllowi. I ciągle, mimo wszystko, czasem pisał.

Bo nie można zaniedbywać nawet jednego adresata.  Okazjonalnej, ale wiernej czytelniczki. Takiej, co się w ogóle nie odzywa. Ale przybywa. Niezawodnie. I czasem daje znać o sobie. Okazjonalnie – o niezawodnym.

Zadzierzgnięte więzi zobowiązują. Tak, jak zdobyta miłość wnuków, mieszkających „niewygodnie daleko”. Trzeba je pielęgnować tu i teraz a nie, „w stosowniejszym czasie”.

Więź. Wierność. W „wirtualnym świecie” prawdziwe więzi istnieją. Nawet, jakby, bardziej.  Więzi duchowe, o które realnym świecie czasem … trudniej.

Bo wirtualnie bywamy bardziej otwarci, sądząc, że mniej ryzykujemy, odsłaniając się „na chwilę” przygodnemu przechodniowi. A tu dopada nas prawdziwa i chyba niewinna, dziwna tęsknota do podobnej wrażliwości napotkanych przechodniów. Przechodniu, siądź… Uderza po miesiącach - ba! - po latach, z powodu zapomnianego komentarza.

Jest jeszcze jeden powód tej bliskości, nieco „kontrowersyjny”, który mi uświadomił właśnie Ernest Bryll, poeta, patrzący dzisiaj w tę samą stronę, co ja. I chyba w nieco inną stronę, niż jedna z osób innego pokolenia wprawdzie, ale przecież mi najbliższych.
Spytałem ją właśnie. Taki test.
- Co będziesz robić w najbliższą niedzielę?  
- Mam robotę.
- A dzisiaj?
- Dzisiaj spotykam się z kimś bliskim. 
- Wiesz przecież, co będzie w najbliższą niedzielę? A nie lepiej dzisiaj „mieć robotę” a w niedzielę spotkać się wspólnie z kimś bliskim – z kimś może bliższym, z Nim?
Nie wyjawię odpowiedzi mojej bliskiej, jak najbardziej realnej, osoby. Tym bardziej, że ja też w najbliższą niedzielę – mam robotę. Właściwie już od dzisiaj ją mam i to, tu, teraz, kiedy to piszę, to – wagary. I nie uczyniłem nic, by jej nie mieć. Bo musiałbym się postarać, coś przesunąć, coś odwołać.
Ale to jest świat realny.

A świat „wirtualny”? I ten powód, jeszcze jeden, owej bliskości?
Otóż poeta Ernest Bryll, z mojego pokolenia, dojrzewający jakby razem ze mną, powiedział coś równie zastanawiającego, co mój duchowy Ojciec, poeta i papież, którego świętość będzie ogłoszona w najbliższą niedzielę. W którą to niedzielę, podczas tej uroczystości, ja będę miał robotę. Jak wiele innych jego duchowych dzieci.
Cytuję Brylla znów za Gazetą Polską. O papieżu:
…wracają, przywożą (…) słowa papieża, że szkoda, że się nie spotkaliśmy. Ale (…) ja trochę bałem się takiego spotkania. O czym miałbym mówić? Opowiadać o moich nędznych zwątpieniach? O tym, że tu uważałem tak, a w mojej poezji uważałem inaczej i że w życiu zwykle jestem głupszy niż w wierszach?
Jeśli by pan Ernest mnie zapytał, to odpowiedziałbym: Zdecydowanie tak! Właśnie o tym! Z Ojcem można porozmawiać o wszystkim. A już szczególnie o swoich nędznych zwątpieniach. Jeśli się ma taką okazję.

I ja właśnie teraz o tym. O tej znamiennej mądrości i głupocie. O mądrości zawartej we własnych wierszach (albo w innych tekstach) i głupocie w życiu.

Jak ja to znam!
A gdybym sam nie wiedział, to właśnie „realni bliscy” by mi nie dali zapomnieć. Bo szczególnie ich uderza ten kontrast. Za dobrze mnie znają, żebym mógł przed nimi grać takiego „subtelnego”, takiego „wrażliwego”, ojojoj, takiego „delikatnego”!

Mogę kreować taki „podmiot liryczny” w swojej epistolografii. I czytelnicy mogą się na to łapać. Czy to jest oszustwo? W jakimś sensie - tak. Takie „szlachetne oszustwo”. No bo jak postępować? Epatować swoimi nieusuwalnymi wadami? Nudziarstwa i zafiksowanej, jak krowa uwiązana do kołka, monotematyczności i tak nie mogę ukryć.
A inne? To byłby horror! Takie są prawa twórczości!  Hmm. Zapewne. I wszyscy „tfurcy” a także, jak się okazuje, również twórcy, tak postępują. Piszą, kreując swój wizerunek, taki, jaki powinien być, gdyby się lepiej postarali. Kreują swój etos.

I to jest właśnie ten przedziwny powód bliskości.
Wizerunek, niezakłócony codziennym pyłem grzechu, jakby odfiltrowany, "odświętny", duchowy ubiór "do kościoła", teatralny strój, używany podczas spotkań z ludźmi z krwi i kości, ale schowanych za zasłoną. Zasłona, która oszczędza im gryzącego w oczy pyłu codzienności.

O czym rozmawiamy? Mówimy nie o tym, jacy jesteśmy, ale jacy chcielibyśmy być. Nie, gdzie jesteśmy, ale dokąd zmierzamy. Ale to TEŻ mówi jakąś prawdę o nas, mylę się? 
Mówimy o pieczęci odciśniętej przez Boga w naszym sercu. Której się ciągle sprzeniewierzamy. Jeśli umiemy znaleźć złoty środek między mitomanią a ekshibicjonizmem, to paradoksalnie jesteśmy blisko prawdy. Czy radość, że wspólnie odbywamy chociaż kawałek drogi, nie jest oparta na tej prawdzie? Czy wspólna, wzajemna modlitwa takich wirtualnych przyjaciół jest wysłuchana?

-------------------------------------
A miało być o Szewcu. O tym moim lepszym alter ego. No ba. To osobny felieton. Tu jest druga część tryptyku. O poezji. Teraz będzie o Szewcu. Już mówię.


Prowizorka na chwilę zawieszona przez … Szewca cz.I

Czyli felieton w trzech częściach z mocną nutą osobistą

Część pierwsza – Prowizorka, czyli stan trwały

Zostałem porwany. Na chwilę, tylko dla załatwienia sprawy, ustawienia pewnej biegnącej rutyny, wykorzystania mojego niewątpliwego doświadczenia w popełnianiu błędów. Niekoniecznie w ich wystrzeganiu się.

Wychodzę na taras, wra …
Moje blogowe nawyki są wykorzystywane … obok. Są równie (nie)popularne, jak te tutaj. Może  też mają, chociaż jednego, nieocenionego czytelnika?

No i wychodzi mi zawsze to samo - tu i tam - czyli, tam, gdzie mnie porwało, i tu, gdzie wszystko zostawiłem, jak bym miał zaraz wrócić, - wychodzi - Taka epistolografia uprawiana pół-publicznie. Coś w rodzaju dzienniczka starej panny.

Niezbyt oryginalne, niezbyt eleganckie hobby.Te oczy rodziny, zwłaszcza – młodszego pokolenia -  wznoszone do nieba: „Co za obciach, żeby tylko znajomi tam nie trafili!”?

No to mają teraz spokój.

Cisza, spokój. Blogi - omszałe, jak zapomniane butelczyny skwaśniałego węgrzyna, dobyte z wilgotnej piwnicy. Wpisy niedokończone, jak rozrobione ciasto, krzepną na kamień w kamiennej dzieży lokalnych dysków.
Sterty materiałów do zapowiadanych esejów, przygotowanych i bezużytecznych, jak hodowla moli, znienawidzona przez pedantyczną gospodynię.
Materiały „jakby”  kwaśniały;  ich autorzy idą dalej. Jedni zaczynają niepokojąco zbliżać się do punktu, który miał być moim odkryciem. Inni wręcz przeciwnie. Strach się na nich dziś powoływać.
Szkoda gadać. Się porobiło i nie chce się odrobić.

Toutes proportions gardées, ma tu zastosowanie skarga świętego Jana Pawła w odniesieniu do …poezji. Ale o tym za chwilę. To znaczy w następnym odcinku będzie o poezji. Teraz jest o prowizorce. Czyli o mnie. Pewna pani redaktor wyraziła się, z kolei, w stosunku do mnie:
„Odnoszę wrażenie, że poezja jest dla pana ważna”.
Nie rozumiałem wtedy właściwie o co jej chodzi, do dziś o tym myślę. Może i nie znam się na poezji, (której przecież nikt nie zji) Ot, czasem się zajrzy, żeby odświeżyć pamięć młodzieńczych marzeń. Albo zdobyć przydatny cytat, pozwalający jednak zjiść kawałek poezji na podwieczorek. To jest zawsze pożywny kawałek.

Ale śmiem twierdzić, że poezja, zgodnie z przesłaniem pewnego śmiesznego filmu o jej wpływie na wzrost gotowości bojowej armii amerykańskiej, z jeszcze śmieszniejszym Dannym De Vito,  jest wyższą, bardziej komunikatywną formą prozy. Mała domieszka poezji do najbardziej przyziemnego, mdłego zakalca prozy może uczynić go nie tylko strawnym ale wręcz dotrzeć, z poziomu tego zakalca, do innego wymiaru rzeczywistości. To o wiele poważniejsza sprawa, niż jakieś bełkotliwe wiersze z cienkich, przecenionych tomików. To sprawa bezpieczeństwa państwa. Kiedy ludzie (nie tylko żołnierze) nie potrafią się ze sobą skomunikować, państwu zagraża niebezpieczeństwo!

Ale co z tym świętym Janem Pawłem i co to ma do rzeczy? Trzeba przeczytać następny odcinek.

środa, 12 lutego 2014

Mój znajomy Pan Stanisław

(będąc ciągle wyjechanym, wpadając tu tylko na chwilę, bo miała być krótka notka, się zasiedziałem. No i wyszedł cały felieton. Lecę)

Stanisław Michalkiewicz miał ciężki okres i chyba trochę puściły mu nerwy.
Trochę mi było przykro, bo jego postępek w stosunku do red.Terlikowskiego zrobił pewną rysę, na jego niemal kryształowym wizerunku.
Obawiam się, że utalentowany i zasłużony, przenikliwy i bezkompromisowy, jakkolwiek nieco monotematyczny felietonista jakoś  z osamotnienia traci ducha i na trudne sytuacje reaguje nadmiernymi emocjami.

Czcigodny pan Stanisław płaci po prostu cenę wszystkich niezależnych, wielkich umysłów - samotność w tłumie … kliknięć. Pod maską dobrotliwego uśmiechu, który prezentuje w mediach, które go zapraszają, kryje się cierpienie.

Wszystkim marzącym o sławie "typowym nonkonformistom" mógłby powiedzieć ewangelicznie - 
Chcesz być prawdziwym nonkonformistą? A weźmiesz mój krzyż?
Podziwiam go od wielu lat, kiedyś nawet podziwiałem go, jako Alfę i Stanisławskiego, kolportując świetne podziemne pismo "Kurs". Polecam szkic historyczno-kulturalny na ten temat. Pismo było ignorowane przez "podziemne media głównego nurtu". 
Dla pana Stanisława dzisiejsza sytuacja, w pewnym sensie, analogiczna. Samodzielność organizacyjna i finansowa, oryginalne dokonania intelektualne, wdzięczny odzew czytelników i ... swoisty ostracyzm. Istota odwiecznego, polskiego losu. Nihil novi sub sole.
Ja, tę swoją małą, podziemną  kolporterską cegiełkę traktuję z dumą, jako współudział w dziele pana Stanisława „Stanisławskiego” krzewienia idei konserwatywno-liberalnej a także rozwoju prawdziwego pluralizmu. Podziemnego pluralizmu.

Nie doceniałem siły i głębokości podziałów. Mimo wszystko byłem wówczas ciągle politycznym żółtodziobem. Ale moja orientacja, co do kolorów opozycji zwiększała się z każdym dniem w przyśpieszonym tempie. Pamiętam taką rozmowę z moją koleżanką z grupy "do rozwiązywania konfliktów wewnątrz związkowych" Regionu Mazowsze, pomysłu nieżyjącego już Marka Nowickiego, inicjatora i późniejszego szefa Fundacji Helsińskiej, zresztą socjalisty.

W pierwszych tygodniach stanu wojennego, kiedy ciągle liczyliśmy się, kto został na wolności, sympatyczna okularnica Jaga, współpracownica KORu, wypowiedziała do mnie, ni mniej ni więcej, taką kwestię:

„Wiadomości Dnia” (oficjalny organ Regionu Mazowsze, ale wydawany przez grupę Macierewicza - przyp.KR) już wychodzą!
K….a, myślałam, że jedyna piep…na korzyść tego stanu wojennego będzie przynajmniej taka, że zamkną tych faszystów i rozwalą im budę, a tu popatrz. Oni pierwsi i nietknięci!
Rzeczywiście niedawno widziałem na Emilii Plater, idącą niewinnie, nie oglądając się za siebie, po zaśnieżonej ulicy, Urszulę Doroszewską w swoich grubych karakułach włosów z warkoczami. Chyba taka jedyna sylwetka w Warszawie. Bardzo mnie to pokrzepiło wówczas. Wypowiedź Jagi mnie trochę zszokowała i rozbawiła. Jaga oczywiście na pewno żartowała. Prawda, Jaga? Gdzieżeś ty teraz, dziewczyno!? Dlatego opowiadałem ten incydent zawsze, jako świetną anegdotę.
Teraz, kiedy trwają już karczemne niemal awantury na prawicy, to zupełnie przestaje mnie śmieszyć. Ale pocieszające jest to, że Urszula jest chyba ciągle ambasadorem w Gruzji.

Wracając do naszych baranów tzn. naszych opozycjonistów. Niedługo zaczęły wychodzić inne pisma, mniej faszystowskie a także bardziej – to znaczy, właśnie wspomniany wyżej „Kurs”.

I zasługi Michalkiewicza dla popularyzacji idei konserwatywnych są nie do przecenienia. 

Zarzucanie mu zaś antysemityzmu jest podobnym absurdem, co posądzanie o ludożerstwo. I ten absurd jest miarą upadku polskiej debaty.

A jednak. Taka pozycja jednego z czołowych polskich felietonistów, w niekłamanej, nie w "ustawionej", hierarchii, rodzi pewne wyższe, niż obowiązują średnio, wymagania. 

Czasy zamętu niszczą ludzi. Wszyscy się potykają, wielu się kompromituje, niektórzy się staczają. 
Pana Stanisława traktuję jak kogoś bliskiego. 30 lat lektur. „Politycznie” jestem Mu coś winny. Ja Go znam. On mnie nie, ale nie szkodzi.
Czasem wyślę do niego maila. Zawsze odpisuje. Mam szczęście. Ustosunkowuje się do każdego zarzutu.
Czasem go zaczepię na spotkaniu autorskim:


- Panie Stanisławie, Pan się nie boi?- A cóż oni mi mogą zrobić? Najwyżej zabić. A ja już się nażyłem.
No tak. Jesteśmy przecież rówieśnikami…

Swoją drogą, ta celna odpowiedź, rangi aforyzmu, zdradza albo fenomenalny refleks godny Franza Fishera, albo – powszechność tego pytania na spotkaniach autorskich. Obie ewentualności świadczą o randze jego twórczości i o kalibrze jego postaci.

Z ulgą więc odnotowuję fakt, że wycofał on obelgę w stosunku do red. Terlikowskiego. Uczynił to na sposób iście salomonowy, ale… niech już będzie.
Jednak  chcę uniknąć nieporozumienia.
Wymienione przez Niego w ostatnim felietonie moje nazwisko nie świadczy bynajmniej o tym, że chodzi o mnie.
Chwała niech spływa na autora listu. Albo też inne skutki, jakie tam z tego wynikają.

PS
Dla pana Terlikowskiego nie mam wcale zrozumienia z powodu "zawartości merytorycznej" jego postępowania.
Nie po raz pierwszy.
Ale nie mogę mu zarzucić przekroczenia granic dobrego wychowania.


poniedziałek, 16 grudnia 2013

Udręka pisania u udręce

***  Teatr Telewizji. 9 grudnia 2013

To dobrze, że wraca i utrwala się tradycja poniedziałkowego święta „teatru w kapciach i szlafroku”.

Goście w okienku nie są wytworni. Nie silą się na elegancję. Klasyka pewnie wymaga zbyt dużego budżetu. Te kostiumy, te koafiury. Te pałasze i ostrogi. Dokrętki w polu i rekwizyty. Jeszcze nie wychodzą gotowe z drukarek 3D. 

Trzeba wypożyczać od starych hrabiów. A starzy hrabiowie strasznie się drożą. Na razie tylko scenografia już jest wirtualna. Ale nie wiem, czy tańsza. Bo tu – z kolei – drożą się graficy komputerowi.

No i mamy - Awangarda. 
W szlafrokach lub innym stroju niedbałym. To przybysze z twojego czasu, język ich chropawy. Delikatnie mówiąc. Jaki słyszysz często w autobusie, albo w barze. A czasem i tobie tak się wypsnie.

Ale zawsze – artyści. Kultura wysoka. Nie - wytworni, ale jednak - niezwykli  i, paradoksalnie, „poniedziałkowo - świąteczni”. Twoi goście, ale nie zwracają na ciebie uwagi. Oddzieleni nie tylko, jak należy - „czwartą ścianą”, ale jeszcze taflą ekranu. Są zajęci. Są pochłonięci. Sięgnąć głębiej, niż opowieść o ostatniej perypetii przyjaciółki.

Bo ta wizyta - to jednak coś innego, niż występujący na sąsiednim kanale, zawsze nienagannie ubrani bohaterowie, z krainy plastyku, szkła i metalu. Broń Boże, nic o polityce. Dobrze ułożeni, reagujący zgodnie savoir-vivre’m, żyjący w szczęśliwej krainie codziennych trosk („o byśmy mieli takie”), o słusznych, postępowych, ale bez przesady, poglądach. Ich życie płynie regularnym rytmem. Niby podobne do Twojego, tylko barwniejsze i bogatsze. Jak reklamy wędlin. Płaskie i w swym podobieństwie, obce. Nierzeczywiste.

Apolityczni bohaterowie współczesnego mitu kulturalnego Polaka. Hmm. Kogoś, kto po polsku mówi. Grzecznie i ładnie. Dobre i to.

Alternatywa. Program pierwszy. Program drugi. Wybór oczywisty? Ale przecież to dopiero początek. Kłopotów i wrażeń.

*** Zaczyna się spektakl …

Będzie leciała sztuka „Udręka Życia” autorstwa pewnego izraelskiego Żyda, jak się można zorientować z imion bohaterów i chwilami - dyskretnego zaśpiewu odtwórców głównych ról.
To prawie niezauważalne wzmocnienie specyfiki realiów być może jest aluzją do pochodzenia autora. Syna żydowskich emigrantów z Polski. Tych szczęśliwszych. Bo zdołali wyjechać przed Apokalipsą. 

Albo po prostu - powściągliwym żartem. Tylko proszę tego nie traktować, jako donos. W Polsce nawet naśladowanie żydowskiej intonacji może uchodzić za antysemityzm. Kiedyś zdjęto sympatyczną reklamę kas sklepowych, bo występował w niej ktoś ucharakteryzowany na przedwojennego ortodoksyjnego Żyda, mówiącego z tą fajną intonacją. Uff!

Co za obsada!
Sąsiedni kanał ich nie zatrudnia, albo oni nie zasilają tego plastykowego świata? Ciekawe… Wybór, czy konieczność?

*** Widz poprawia się w fotelu i … czeka z nieustającą nadzieją …

Siadamy przed telewizorem wygodniej, nagrywanie nastawione. Czekamy na ucztę. Ale z lekkim niepokojem. Wiadomo, co wyprawiają ci różni, utalentowani jak wszyscy diabli, młodzi reżyserzy. Doprawiają zupę żółwiową kaszanką, burgunda – rycyną a burbona ulepszaczem E104, produkcji zakładów przemysłu spożywczego w Sromowicach Wielkich, dotowanego z Funduszu Spójności przez Unię Europejską. Dekonstruują po kolei całą kulturę. Wywracają na nice. Światową w ogólności a polską w szczególności.

Ale chyba nie ci artyści? Nestorzy polskiego aktorstwa i reżyserskiego kunsztu?

Nestorzy. Hmm. Pewnie, że nestorzy, ale dla mnie to ciągle (a może dopiero teraz, z perspektywy?) smarkaci, naiwni, papierowi Kolumbowie, Jankowie, Grigorije oraz czterdziestoletnia żona dyrektora budownictwa socjalistycznego o małym rozumku. 

Dopiero niedawno ( co to jest parędziesiat lat!) nabrali nieco bardziej nobliwego wyglądu. Ładnie się starzeją.
Dla moich rodziców liczył się bardziej stary Zelwer i Węgrzyn, Kurnakowicz i Dzwonkowski. 
Zachwycali młodzi Gliński, Łapicki, Holoubek. I ja jestem z tego kręgu zachwytów.
Sztafeta pokoleń. Nie mogę mieć pretensji, że Janek Kos dotarł na taki szczyt - jest Mistrzem. 
Profesorem nauki o sztukach pięknych. A nie dotrwali do tej zasłużonej, najpiękniejszej, mądrej starości Cybulski, Kobiela, Łomnicki, Bińczycki, Adam Pawlikowski… Czy oni też by utrzymali kierunek w górę?

Ale uwaga, kończy się programowo głupawo-dowcipna scenka dla sponsora, nawiązująca do przerywników z halabardnikami i linoskoczkami. Zaczyna się przedstawienie.
....
Obejrzałem i teraz biedzę się nad recenzją. W przerwach. Nie dość, że mam zaległości z rezonowaniem jako drugie z kolei echo po Django. Więcej impulsów, niż możliwości ich skonsumowania. Przyleciałem, żeby wkleić to tutaj i nie zamulać poważnych recenzji takimi dyrdymałami.

Jest już część I
Jest i druga ...

czwartek, 12 grudnia 2013

Gawęda o radiu (tekst z przełomu 2010/2011 - niedokończony)

Słuchacie radia? 

No tak, puszcza się coś, podczas jazdy samochodem. 
Dwójka? Oj, ale ambitne, jakaś Jesień, ale Warszawska! Coś lżejszego? 
Classic? O matko, znów leci ten nieśmiertelny poważny przebój. Jeszcze lżejszego?
Pogoda? Za lekkie i oklepane? 
Może Jazz? Nie ma już?  A zamiast tego jest jakieś Chilli Zet, czy coś w tym rodzaju. Padło. Za mała słuchalność, za mało reklam, nie starczy na opłatę koncesyjną.

Gdzie posłuchać bluesa albo country, gdzie piosenki z tekstem, a gdzie porządnego koncertu Mahlera pod dyrekcją Marinera, Karajana, albo chociaż Semkowa? 
A gdzie opery?

Nie, nie! Przełącz tę łomotaninę!  

W Tok-FM przestali denerwować swoimi grepsami i puścili nawet ludzki jazzik. Ale już się boję, jak mnie zaraz zaczną upominać. I zanim przełączę i tak mi humor zepsują.

Czasem leci coś fajnego w Radiu dla Ciebie, czasem w Trójce, ale ostatnio zrobili się strasznie awangardowi i łomocą tak, że nawet moja córka wysiada. 

Jej najczęstsza prośba, to teraz „ Tato, przycisz…”
Łatwiej znaleźć coś w Internecie, ale nie mam jeszcze takich urządzeń, żeby tego słuchać w samochodzie.

I…. mam! Mam swoje ulubione radio.  Mam, ale nie powiem. Bo trzeba porządnie. A na razie porządnie to się rozmarzyłem o swojej młodości...

Jak długo (będę je miał) ? Kto to wie. Nic nie ma stałego na tym najlepszym ze światów.

II prawo termodynamiki mówi, że pewna stała fizyczna może się tylko zwiększać. Nazwano ją bardzo mądrze „entropią”. 

Nie bardzo wiadomo, co to jest. 
Musiałem zdać egzamin i znów nie pamiętam wzoru. Zakuć, zdać, zapomnieć.

Ale podejrzewam, że to coś złego, bo ciągle się powiększa, chyba, że interweniuje „czynnik zewnętrzny”. 

Z doświadczenia zaś wiem, że jeśli się nie staramy, czyli nie czynimy wysiłków, każda rzecz się pogarsza. Dom robi wrażenie, jeśli nie opuszczenia - to zapuszczenia. Bruk porasta trawą, nawet asfalt zaczyna się wybrzuszać od korzeni wypychających go od dołu. 

A dobre radio staje się radiem gorszym. Aż przestajemy go słuchać.

Jestem dyletantem radia w znaczeniu etymologicznym. W rozważaniach etymologicznych łatwiej mi się posłużyć włoskim, tą łaciną dla ubogich, którą posługują się  papież Polak i Niemiec. (A teraz - Argentyńczyk przyp. KR 13 grudnia 2013).

Nowe słowniki włoskiego tłumaczą bez pardonu: dilettante – laik. 
Łagodniejsza nazwa ignoranta. Nawet się rymuje.

Na szczęście jeszcze pamiętam i mogę się podeprzeć słownikiem, w którym ręce maczała stara, kochana włosko-polska  rodzina Celeste i Zbigniewa Zawadzkich: dilettante – amator, miłośnik. 

A jeszcze lepiej: dilettare – rozkoszować się, lubować się. W tak użytym i wyjaśnionym słowie moja niekompetencja jest broniona przez moją miłość.


Sny młodości

Miłośnik radia. Wypada to krótko uzasadnić. Wzrastałem w czasach, kiedy radio było prawdziwym „oknem na świat”. Wystarczyło przekręcić gałkę i zamiast Wandy Odolskiej (fala 48 - imperialiści wszystkich krajów - bójcie się!) słuchało się komentarza Wiktora Trościanki albo Jana Nowaka - Jeziorańskiego.


Wprawdzie komentarz często było ledwo słychać spoza buczenia zagłuszarki i spiker Radia Wolna Europa musiał dodawać odwagi: „Nie lękajcie się zagłuszeń!”.

Lękać się było czego. Pamiętam, jak kiedyś spóźniony wychodziłem do szkoły i z ulicy usłyszałem, jak mój Ojciec zaczął słuchać wiadomej audycji. Dźwięk dochodzący z pierwszego piętra Jego pokoju był niepowtarzalny i nie budzący żadnych wątpliwości dla jakiegoś donosiciela. Spod pulsującego, nachalnego ryku „Rozgłośni imienia Mariana Buczka” wydostawał się z trudem charakterystyczny głos spikera, czytającego wiadomości. Mimo ryzyka spóźnienia na lekcję cofnąłem się i uświadomiłem Ojcu, że właśnie ryzykuje dużymi nieprzyjemnościami próbując otworzyć jednocześnie „okno na świat” i okno na ulicę.

Oprócz prawdziwej polityki prowadzonej z Monachium, Londynu przez przedwojennych patriotów,  żołnierzy Powstania Warszawskiego i spod Monte Cassino, nadawano Podwieczorki Przy Mikrofonie, też z udziałem przedwojennych patriotów, artystów występujących przed wojną w legendarnych teatrzykach i kabaretach. W czasie wojny to byli zwykli żołnierze Powstania Warszawskiego (Jan Krzysztof Markowski) lub artyści – żołnierze. Występujący często pod ostrzałem dla kolegów z Armii Andersa (Zofia Terné, Renata Bogdańska-Anders).


Były nawet słuchowiska!
Pamiętam jedno na temat dramatycznej walki z czasem o dostarczenie rzadkiego leku na krzepliwość krwi zagrożonemu śmiercią z jej upływu dziecka.

Wojna Światowa się skończyła. Trwała dalej nieprzerwana wojna radiowa o Wolną Polskę, za pośrednictwem Wolnej Europy.

To Radio narzucało standardy Polskiemu Radiu znajdującemu się pod komunistycznym nadzorem. A może ułatwiało pracę jego uczciwym pracownikom, próbującym w warunkach zniewolenia  swoją grę z komunistycznymi mianowańcami trzymającymi lejce władzy nad jednym z najlepszych na świecie mediów przed wojną?

Bo komunistyczne Radio było ciekawe. Może właśnie ciekawsze przez to, że zmuszone konkurować z Wolną Europą?

Od roku 58-mego Podwieczorki przy Mikrofonie pod wodzą Zenona Wiktorczyka, krajowe odbicie przedwojennych i emigracyjnych Podwieczorków, jakby dziwna rozmowa poprzez Żelazną Kurtynę prowadzona niejednokrotnie przez kolegów i przyjaciół.

Tamci, wolni i swobodni mogli złośliwie przygadać. Ci zaś niestety nie mogli za bardzo się odciąć. Bo pojechać językiem czerwonych nadzorców? Brrr. Tego się w tym towarzystwie nie robiło.

A inne ?
Niezapomniana Irena Kwiatkowska czytająca powieści dla młodzieży.  Którą długo brałem za młodego, zapamiętale opowiadającego, o dobrej dykcji, urwisa.

Matysiakowie z ulicy Dobrej, których podsłuchiwało się co wieczór.

Zgaduj Zgadule, które stały się tak popularne, że miały swoje odpowiedniki na lokalnych imprezach rozrywkowych.

Ale przede wszystkim Powieści Radiowe i Teatr Polskiego Radia, przedstawiające arcydzieła literatury i dramatu z najświetniejszymi kreacjami legendarnych aktorów.

Te głosy tak mi się utrwaliły, że do dzisiaj  rozpoznaję bezbłędnie głos Ireny Eichlerówny, Wieńczysława Glińskiego, też żołnierza Powstania, Andrzeja Łapickiego, Władysława Hańczę. Prześmiesznego Jana Kurnakowicza i  jego konkurenta do aureoli sławy komika, Aleksandra Dzwonkowskiego, czy Tadeusza Fijewskiego albo Stefana Witasa, Aleksandra Żabczyńskiego. 

Albo pewnego - lektora o aksamitnym głosie, w którym kochały się kobiety, a którego właściciel nie dorównywał urodą – Jego zapowiedzi pogody lub godziny były niepowtarzalne i do dzisiaj brzmią mi w uszach. Jak on się nazywał???

Do teatrów warszawskich na te wspaniałe kreacje nie mogłem wówczas chodzić. 525 kilometrów. A dużo później, kiedy chodziłem, większość z nich już nie żyła. Wychowałem się na Teatrze Polskiego Radia. I potrafię do dzisiaj docenić mistrzostwo słowa, jeśli je słyszę.

Mam chyba jeszcze w swojej bibliotece książkę - pracę doktorską niewidomego znawcy, Michała Kaziów -  „O dziele radiowym: z zagadnień estetyki oryginalnego słuchowiska”.

Dzięki panu Michałowi uświadomiłem sobie, jak radio ma wiele wspólnego z tradycyjną literaturą. Jest zjawiskiem podobnym do czytania dziecku przed snem. Kiedy ono, słuchając, ma zamknięte oczy.

Radio pozwala na zadzierzgnięcie  intymnej więzi między radiowcem a słuchaczem. Więzi subtelnej, „nie inwazyjnej”, nie nachalnej. 

Słuchacz jest tu stroną współpracującą. Wymaga się od niego czujności i wyobraźni. Zakłada się samodzielność i zdolność wnioskowania. 

Radio buduje wyobraźnię słowem. Słowem, które trzeba usłyszeć i przemyśleć. Przetrawić. Radio nie znosi pyskówek, chamstwa i hałasu. Przekrzykiwania się i stawiania na swoim. Słuchacz radia wie swoje. Taka konkurencja ponad żelazną kurtyną miała swoje dobre owoce.

Telewizja, kiedy powstała a ciągle jeszcze nie została odkryta jako zbrojne ramię władzy, mogła się wzorować.  Zresztą wraz z jej rozwojem Radio ustąpiło jej pierwszeństwa: Teatrowi Poniedziałkowemu i czwartkowej Kobrze z plejadą aktorów.
Czuło się wtedy, gdy czasem była transmisja z prowincjonalnych teatrów, że „to już nie to”.

Ale pozostańmy przy radiu.
Bo nie tylko teatr był specialité de la maison radia.

Był też kabaret absurdu, który tak ściśle pasował do peerowskich realiów. Poczynając od Eterka Jeremiego Przybory. I znów wspaniali aktorzy:  Irena Kwiatkowska i Tadeusz Fijewski. Później inne z tą samą wiecznie młodą i niezawodną Ireną Kwiatkowską. 

Jerzy Dobrowolski, Wojciech Pokora. W innym składzie Jerzy Fedorowicz, Maciej Zembaty, Andrzej Zaorski, Jan Tadeusz Stanisławski i last but not least, Stefan Friedman, już bez, zdawałoby się przyrośniętej, maski Gieńka Matysiaka, którą nosił jeszcze w szkole średniej. Zrzucił ją i został satyrykiem i porządnym aktorem.

A audycje o bluesie, muzyce country oraz ciekawych zjawiskach zachodniej muzyki popularnej? 

Głosy Wojciecha Manna, Korneliusza Pacudy, Marka Niedźwieckiego, Marka Gaszyńskiego. A Trzy Kwadranse Jazzu ciągnące się latami po godzinie 23-ciej ze wspaniałym saksofonistą i gawędziarzem Jane Ptaszynem Wróblewskim?

Jeszcze nie tak dawno, dziesięć lat temu z okładem, wracając wieczorem z niedzielnych wypadów słuchało się ciepłego, jak tuba, głosu Sławka Wierzcholskiego, który oprowadzał po „niebieskim” , świecie kołyszącym się na fali 12 taktów. "Niebieskim", czyli nieco smutnym ale pełnym życia. Prawdziwego życia.

Potem przyszła wolność

Najpierw zachłysnęliśmy się nią. Ale pamiętam niewiele. 

Może tylko wspaniałe audycje wyborcze w radiu Zet przed pierwszymi od wojny wolnymi wyborami, kiedy konkurujący ze sobą politycy jeszcze nie osunęli się w otchłań telewizyjnego szaleństwa, „profesjonalnej” umiejętności wykorzystania swojego krótkiego czasu i kradzieży czasu przeciwnika, przez utrudnienie mu wypowiedzi przerywaniem i pogardliwymi, głośnymi, nieartykułowanymi reakcjami.

Dyskutowali w parach. Argumentowali. Jeszcze się miało wrażenie, że się słuchają. Jeszcze się miało wrażenie, że się szanują. Że mają ze sobą coś wspólnego. Są konkurentami, zawodnikami w walce fair-play.

Wydawało się, że wolność przyniesie rozkwit stu kwiatów. Przyniosła eksplozję wesołkowatości, nijakości, chamstwa. Mamy w Warszawie chyba parędziesiąt radiostacji. Większość nadaje jakiś hałas, siekaninę, łomotaninę. Większość jest prowadzona przez słabo rozpoznawalnych lub aż nazbyt wyrazistych di-dżejów.


Rozwój radia w epoce minionego dwudziestolecia dobrze ilustruje historia Radia Tok FM.  Radio bardzo dobrze sformatowane, ruszyło z impetem i zdobyło sobie ogromną rzeszę wdzięcznych słuchaczy. Powoli zaczęło się przesuwać coraz bardziej na lewo, prawdopodobnie zgodnie z oczekiwaniami właściciela, wycinać co ciekawszych prowadzących. Dziś jego pluralizm jest tożsamy z pluralizmem macierzystej gazety. 
....