czwartek, 17 października 2013

Moje lektury

czyli zapowiedź nowego cyklu, ale bez zobowiązań.

Po nieudanej próbie filmowego "cyklu recenzenckiego", który oczywiście, jak to typowy grafoman, zamierzam kontynuować, bez kłaniania się jakimś moderatorom ani redaktorom, tak mi się jakoś ulało pseudorecenzją książki.

Ale po kolei...

Mój „las” (czyli silva) hmm… trochę usycha, ale skoro „rzeczy” (co, czego - res, rerum) nie trzeba podlewać, to może przetrwa. Najwyżej res się trochę zakurzą.

Wprawdzie jestem starym abnegatem (i muszą zapędzać mnie do mycia łazienki, co robię z … chęcią,  gdy … mycie ma się już ku końcowi), ale zrobię malutkie odkurzanie. Licząc, że szybko mi się zrobi przyjemnie.

Jestem zalatany. Nawet dzisiaj, mam odpowiedzialną funkcję nadzorcy dzielnego rzemieślnika z ekipą, instalującego nam piec gazowy prestiżowej, niemieckiej firmy. Na literę V. Uff! Na literę V!
Ale to nie wszystko i nie będę się przechwalał. To tylko usprawiedliwienie dla tych kilku (co najmniej jednego) wiernych czytelników.

Opowiem krótko (tym razem naprawdę krótko - „zaraz, panie majster, już do pana schodzę!”), co robię, jak siadam i piję herbatę.
Mam za sobą kilka świeższych lektur. Ma być krótko, będzie o jednej. O tej, nad którą nie zasypiałem wieczorem.

Elżbieta Cherezińska, Legion. Cegła, bite 800 stron. Grubsza od Biblii Excela, Johna Walkenbacha, której całej nigdy nie przeczytałem, chociaż ciągle z niej korzystam. A ten Legion przeczytałem od deski do deski. Ale nie jednym ciągiem. Nauczyłem się odrywać od pasjonującej lektury. Kiedyś Zbrodnię i Karę (też niezła cegła) czytałem całą dobę bez przerwy. Teraz to już fizycznie niemożliwe. Mówię to jako inżynier. Znacie tę pouczającą historyjkę?
Jaka jest różnica między fizykiem a inżynierem?

Jeśli zapytamy fizyka, czy kij może latać, on odpowie, że to fizycznie niemożliwe. A inżynier? Odpowie pytaniem: Jaki ma pan budżet na ten projekt?

Co do mnie, cenię sobie ludzi chodzących po ziemi a potrafiących porywać się z motyką na słońce. Zanim jednak się porwą, zatroszczą się o odpowiedni budżet na ten projekt.
O tym jest ta książka pani Elżbiety.

A to jedno drzewo z lasu (na razie raczej zagajnika) moich rzeczy - to taka moja rekomendacja. Opowieść o  lesie przyjaznym, prawdziwym mateczniku polskiego niedźwiedzia, który nie dawał się wykurzyć.

czwartek, 12 września 2013

Czarowna Kraina Dzieciństwa

 Zaduma jesienna z nutką eschatologii…

Robi się już jesiennie i piwnica staje się odpychająco nieprzytulna. Za to na pięterku jest teraz najcieplej, i nawet, jak ulewa grzechocze po blaszanym dachu i wiatr bezsilnie obija się o szyby niewidzialnymi gałęziami podmuchów, mam przyjemne uczucie, określane ciągle dla mnie tajemniczym, mimo popkulturowo-tradycjonalnego nadużycia: „jak u Pana Boga za piecem”.

Dlatego pewnie niedługo zaprzestanę tych dziwnych, antykwariatowo-piwnicznych lektur na nieco zawilgotniałych książkach sprzed lat i odrobię zaległości lektur nowszych, jeszcze pachnących, nie piwnicą, tylko niezmywalną i niewywabialną farbą drukarską, o najnowszej, dopiero co opatentowanej, ściśle strzeżonej recepturze. To się zresztą okaże za czterdzieści lat. A może nawet wcześniej.

- Wyrzucić, nie wyrzucić? A jeśli nie, to gdzie to przechować? Na makulaturę czy do antykwariatu? A może jednak na strych?
- Na strych, dzieci, na strych!
Będzie sobie cichutko mruczała taka jedna z drugą osierocona książka.
- Proooszę. Proszę o wyrok w zawieszeniu. Może mody literackie się zmienią a właściwie …powrócą?

Nie mój problem … tylko tych, którzy będą musieli coś uczynić z moją spuścizną.
Chyba już nie zdążę  odchudzić mojej biblioteki i przesiąść się całkowicie na nowy patent: zupełnie bezwonne pdf-y, ukryte za szybą ekranu, jak złota rybka w akwarium, do której trzeba się dostukać palcem, żeby się ustawiła w najlepszej pozycji do tego, do czego służy złota rybka: aby zachwycała.

Póki co, relacja z jeszcze nieskończonej, piwnicznej lektury. Lektury spóźnionej i chyba już nie do odrobienia. To trochę tak, jak gdyby jeździec - stary koń chciał spróbować, jak smakuje jazda na koniu na biegunach z piosenki Janusza Laskowskiego. Bo był na dancingu w Chałupach i się rozmarzył.

Czy jest w stanie się tego dowiedzieć, jeśli jeszcze na takim drewnianym rumaku nie siedział?
Ja mam swoje prywatne uzasadnienie. Że nie. A ja miałem konia na biegunach. I - jako stary koń - siedziałem na specjalnym mechanicznym rumaku, zabawki dla dużych (i pewnie również małych) chłopców w samym sercu królestwa kowbojów. Czułem się świetnie, ale – to jednak nie to.
To zabawa - żart – wygłup dorosłych.

A nie zabawa – misterium wyobraźni i ćwiczenie się w wytrwałości i biegłości. Misterium ciekawych świata, poważnych i niezmordowanych w tej zabawie małych ludzi, która jest ich pracą. Bez jej wykonania już nigdy nie będą tymi, którymi mogli by być.

Inne uzasadnienia są w kilku książkach dla dzieci, które powinni przeczytać też dorośli, bo jest tam zawarta filozofia wrażliwości. Mały książę, Piotruś Pan, no i wszystkie książki Lucy Maud Montgomery.

Relacja ze spóźnionej lektury

Ale nie myślę teraz o Ani z Zielonego wzgórza. Anię czytałem dwa razy. Raz, jako chłopiec. I odtąd nie tylko kochałem Anię Shirley, ale miałem widoczne predylekcje do kobiet o zielonych oczach mających na imię Anna. Mam teraz, przypadkowo, córkę spełniającą te dwa kryteria, tylko chyba piękniejszą od bohaterki mojego dzieciństwa. Bo tamta bardziej uwodziła, przemądrzały rudzielec, prostodusznością i dobrocią.

Żeby nie było! Miałem i swoich bohaterów – chłopców. I nie był nim bynajmniej Piotruś Pan. Ale to już inna historia. Nie obiecuję, że będzie opowiedziana.

A kiedy to było drugi raz? W chorobie. Takiej – prawie prezencie, darze Opatrzności.
Ktoś mówi:
- Nic teraz się nie liczy. Nie ma spraw „ważnych”. Zostałeś porwany….
Człowiek choruje, musi leżeć, ale leży dłużej niż przez ten okropny okres, kiedy można tylko myśleć, a i myśleć – boli. Potem nastaje ten najprzyjemniejszy okres, kiedy nie traci on przywilejów chorego, słodkiej troskliwości najbliższych, ale czuje się lepiej i może .. poświęcać czas na to, co lubi: zaległości lektur.

I ja, żeby sobie przypomnieć i  .. żeby nadrobić zaległości przeczytałem całą sagę Ani Shirley. Myślałem, że to wszystkie książki L.M.M. Myliłem się.

Nie przeczytałem jednej książki, bo nie została jeszcze wydana. Chorowałem trochę za wcześnie. Wyszła drukiem w roku 1990 – tym, nakładem Oficyny Wydawniczej „Graf”, jako pierwsze wydanie powojenne, według edycji z roku 1936 – tego.

Domyślam się, dlaczego. Nie wydawano z powodu „wartości ideowych” powieści, wzmianek o Bogu i o dylematach moralnych w tym kontekście. Ale mnie zainteresował fragment, który mówi o dziecięcej, czarownej krainie. Posłuchajcie…

I gdy się wypiło wodę z tego kubka - mówiła Historynka, a oczy jej lśniły, jak szmaragdy  – przestawało się widzieć cały świat i trzeba było wstąpić do krainy czarów i zamieszkać w niej (…).
Tak, Historynka miała słuszność …
mówi Ed, kuzyn Historynki i narrator powieści o tym samym tytule, co jej wdzięczne imię, chyba ładniejsze, niż oryginalne, angielskie „The Story Girl”.
Istnieje naprawdę Kraina Czarów, lecz tylko dzieci mogą odnaleźć do niej drogę. Ale, gdy dzieci dorastają, zapominają zupełnie o tej drodze i nastaje taki dzień pełen goryczy, kiedy tej drogi absolutnie znaleźć nie mogą. Wówczas dopiero uświadamiają sobie, co utraciły i to staje się tragedią ich życia. W tym dniu uświadomienia bramy raju zatrzaskują się za nimi i kończy się bezpowrotnie wiek złoty. Od tego dnia muszą już przebywać ustawicznie w atmosferze codziennego życia.
Tylko niektórzy, ci co pozostają w głębi duszy dziećmi na zawsze, mogą jeszcze odnaleźć znowu tę czarowną ścieżkę.

Pytania (do) (nie)cierpliwego czytelnika

Co z tego wynika?
…pytasz, niecierpliwy czytelniku? No właśnie – co?

Dobrze, już dobrze, proszę Cię, nie gorączkuj się tak. Żeby się przekonać, co z tego wynika, musisz przeczytać ten ostatni, przydługi – t a k - przydługi, wiem - cytat  j e s z c z e   r a z.

Spróbuj jeszcze raz. Właśnie dlatego, że nie rozumiesz, o co mi chodzi. Jeśli odmawiasz, trudno.

I co? Nic? To znaczy, tyle, że jesteś tylko jeszcze bardziej zniecierpliwiony? Czytaniem tych banalnych, dziecinnych, archaicznych, egzaltowanych tyrad jakichś dzieciaków a właściwie nawiedzonej Kanadyjki (niepotrzebne skreślić)?

Wszystko w porządku. Właśnie o to mi chodziło. To był test. Stopień Twojego zniecierpliwienia na powyższy cytat stanowi  w s k a ź n i k. Wskaźnik stopnia pozostawania „w głębi duszy dziećmi” przez czytelników niniejszego tekstu.

Jedną z podstawowych różnic między ludźmi a także między tym samym człowiekiem, znajdującym się w różnych okresach życia, jest wrażliwość na …. No właśnie, na co?

Na bajkę. Tak, na bajkę. Na poezję i tajemnicę.

Na to, co nadaje sens życiu. Sens, płynący z umiejętności zatrzymania się nad czymś, co nie daje żadnej korzyści, ale zachwyca. Bo jest piękne. Bo jest dobre. Bo jest prawdziwe, mimo, że na pozór nie można tej prawdy uchwycić. Ale można pokazać dziecku i zbudować w nim na całe życie fundament prawdy, dobra i piękna.

Na takim fundamencie  ono sobie będzie tę wrażliwość rozwijać. Ludzie zwykle szybko się nudzą jakąś poetyką, jakąś manierą, jakimiś „klimatami”. Ale powinni znajdować sobie nowe obiekty zachwytu. Coraz piękniejsze. A nie - coraz potworniejsze. Coraz prawdziwsze. A nie - coraz bardziej kretyńskie. Coraz bliższe Dobru. A nie … mniejsza już z tym.

Ach to znudzenie! Jest przekleństwem, ale jednocześnie  (czasem) motorem na drodze do Celu.
Jakiego Celu? A – to już całkiem inna historia. Na razie mówmy na TEN temat. A właściwie kończmy już TEN temat. Tylko jeszcze dwa akapity. Góra trzy.

Sens życia nie polega na „ciepłej wodzie w kranie”. Ludzie, posiadający „ciepłą wodę” mogą mieć poczucie bezsensu, a ludzie noszący wodę od studni mogą być szczęśliwi. Z pęcherzami na rękach.

Jeśli weźmiemy jakąś popularną broszurę dla przeciętnego parafianina, to można tam wyczytać, że „mądrość” oznacza …
zdolność dostrzeżenia sensu życia i jego ostatecznego celu
Baaaa …

Per fabula ad astra…

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Życie jest piękne, jeśli tylko trochę się postarać

Życie jest piękne
... życie jest śliczne, życie nastraja optymistycznie
..., jak głosi sztandarowa piosenka zespołu ludowego z Ponidzia.

Napisałem notatkę w starym Silva Rerum, pod wpływem chwili...
A chwila nie mija. Nawet ośmieliłem się wystawić na ryzyko odrzucenia, zgłaszając opracowaną po swojemu "recenzję". Ale mniejsza o ewentualne "sukcesy". Wiem, że nie jestem recenzentem.
Musiałem to napisać. Nic na to nie poradzę.

1. Wstęp
Obejrzałem film z Internetu. Po raz drugi. Pierwszy raz - to było w kinie, dawno temu, w czasach naiwnego optymizmu. Kiedy jeszcze "nasz papież" żył i dawał nam ofensywne zadania w Europie. Teraz ofensywni są Węgrzy a my aspirujemy do roli ich naśladowców.
Ale już wiadomo, że Niniwa raczej pokaże nam ruski miesiąc, niż się nawróci.

Teraz razem w domu, jakby na nieoficjalnym pokazie, z najmłodszą córką. We wspólnocie pokoleń.

Włoski film z ubiegłego wieku. I to czuć.
Trzy Oscary, Przedsięwzięcie prawie rodzinne, bo para głównych bohaterów - grana przez małżeństwo. To dobra włoska tradycja. Mieć żonę - dobrą aktorkę, to skarb.
MasinaLoren i teraz - Nicoletta Braschi.
Ale pierwsze skrzypce gra tu jej mąż, bo nie tylko reżyser ale i aktor, Roberto Benigni. Rola wykonana brawurowo.

Każda scena budzi tyle skojarzeń i refleksji...
Spróbuję krótko, w punktach.

2. Dlaczego ja?
Film o holocauście w atmosferze sielanki.  Przeczytałem na nieocenionym Filmwebie kilka recenzji w tym duchu. Mowa.
Szpital Przemienienia Lema jest powieścią okupacyjno - medyczną w atmosferze horroru.
Zaś Czarodziejska Góra Tomasza Manna to powieść obyczajowa ze sfer sanatoryjnych z pseudo - filozoficznymi dłużyznami.

Czasem zęby bolą od tych profesjonalnych notek. Ale to inspirujący traf, jak człowieka trafia szlag.

3. Moja konkurencyjna najkrótsza recenzja?
Czujny, pomysłowy arlekin, grający w teatrze życia subtelną poezję.
O coś!

Gra poezję. Czy to dobre zdanie?

Bo umowność fabuły jest tu wielką zaletą, wręcz skarbem dzieła. Jest czystą poezją.
Skonstruowaną niczym misternie utkany haft figur menueta na osnowie starej koronki.
Balet z dialogami i mocną pointą po każdej scenie.

Zachwyca profesjonalizmem ...a tam, co za wyświechtane słowo...
Oszałamia błyskiem klingi geniuszu, iskrzącym się w zderzeniu z twardą skałą żmudnego trudu.

4. Trochę więcej. Analiza treści.

Film składa się z dwóch części: 

a) Realizacja marzenia przez brawurową akcję natarcia. Emocjonująca gra.
Instrument - poezja, cel - miłość. Wygrana!

b) Bohaterska obrona owoców miłości przed Potworem.
Bo później sielanka się kończy. Zaczyna się gra o uratowanie miłości. Pomysłowa i pełna poświęcenia, Arlekin umiera i wygrywa.

Wszystko zrealizowane z precyzją, według najlepszych reguł dramaturgii. Strzelba z pierwszego aktu ma wystrzelić w ostatnim?
Użyjmy do tego czarnego kapelusza! I przez szczęśliwy splot przypadków osiągnijmy cel dramatu, gdy krawiec odzyskuje swój kapelusz a Arlekin - zdobywa serce dziewczyny.

Zresztą, co mamy sobie żałować! Dlaczego tylko jedna strzelba? Weźmy konia. Albo czołg. I każdy z tych rekwizytów gra swoją cudowną rolę machiny Zeusa.
         
           Deus ex machina

Której wejście jest starannie przygotowane a nawet zapowiedziane. Tylko wszystkim się wydaje, że to tylko rojenia nieszkodliwego maniaka. A to prawda!

Są też sceny poruszające nie treścią tylko kontekstem, siłą szerszej wizji..

Niemiec,  lekarz. Solidnie groteskowy w swojej ostatniej roli, Horst Buchholz, znany z zupełnie innej - Chico w Siedmiu Wspaniałych, sprzed bez mała czterdziestu lat!
Rozmawia z ocalonym przez siebie Arlekinem, w przebraniu kelnera. Ocalonym z powodu zupełnie abstrakcyjnej a niepodziewanie przydatnej, na tym dnie piekła, umiejętności.
To scena zderzenia trosk Prawdziwego Człowieka, który zstąpił do piekieł, z troskami bezdusznego i głupiego, jak but, więc właściwie wymykającego się nawet jakimkolwiek ocenom moralnych - "porządnego Niemca". 
Kiedy świat zwykłych nadziei na pomoc ze strony znajomego runął bezpowrotnie. Został tylko świat zwariowanych mrzonek.
Pierwszy, Wielki Skrót. A właściwie - drugi w kolejności.

Bo wcześniej - jest scena tłumaczenia przez bohatera na włoski surowej przemowy obozowej władzy. Zasługuje na osobny traktat, nie szybką wzmiankę. Ale tamta scena - też godna traktatu. To już dwa. Tylko, kto to przeczyta? Zobaczcie przynajmniej film!

Jeśli sobie nad nią pomedytujemy, nawet nie rozumiejąc ani w ząb niemieckiego, ta scena ukazuje całą ohydę i absurd niemieckiego przedsięwzięcia umoszczenia sobie gniazdka lebensraumu przy pomocy środka na insekty.
Bo "traktowano" tu obie strony, tę tłumaczoną i tę tłumaczącą - w pewnym sensie - jednakowo: jednych - jak insekty, innych, jak środek na insekty.

Jedna krótka i śmieszno-straszna scena, która jest kwintesencją absurdu czystego zła!
Sfilmowany Aforyzm -  unikat.

5.  Przesłanie
Ale forma i pietyzm wobec szczegółu byłyby tylko grą płochych światełek, gdyby nie poruszające przesłanie.
A przesłanie jest odwieczne, w tym groteskowym przebraniu - wzruszające.
Czy tego polscy realizatorzy nie wiedzą? Że gwarancją powodzenia misji artystycznej, jest wciągnięcie widza do środka filmu przez rozkochanie go w bohaterze?

Gdzie się podziały te wzruszające i irytujące okrzyki z widowni:

   "Uważaj! Z tyłu!!!! Aaaaa!"

Czasem wydaje się, że ci wszyscy reżyserzy, którzy się gromadzą w Gdyni i rozdają sobie nagrody za filmy, których potem nikt nie ogląda, uwzięli się na swoich bohaterów i ich hejtują, bo tak się przyzwyczaili podczas swoich nocnych bijatyk internetowych.

Takie wstydliwe, wytworne nałogi polskich twórców filmowych, uprawiających pedagogikę wstydu..

Ale nie Roberto. Kreuje on bohatera umiejącego kochać.
Bohatera, który samą prawdą swej miłości umie rozkochać w sobie nie tylko kobietę z innego świata.
Potrafi rozkochać ludzi z innej planety, siedzących w fotelach i gryzących popcorn.

Holocaust ?  Znów??? OK. No problem. Oscary i promocja nie zawadzą.
Ale liczy się przede wszystkim piękna historia o miłości.

Istotą miłości jest  c z u j n o ś ć.
Troska w miłości - to czujność. Matka, która budzi się, kiedy jej dziecko płacze, ale nie budzi się, kiedy z hukiem spada wazon z okna.

Nie można ustawać w tej czujności aż do ukończenia biegu. I Arlekin aż do końca jest czujny, pomysłowy, pełen inwencji i nie dopuszczający czarnych myśli.
Heroizm z uśmiechem na ustach, idący tanecznym krokiem na śmierć.
Jest w tym jakieś genialne uzupełnienie dobrej nowiny.

Bóg jest niewidoczny ale obecny najbardziej, jak to można sobie wyobrazić.

7. O poezji 
Ten film można wyświetlać w szkołach filmowych scena po scenie, żeby uczyć języka, stylu i poetyki  filmowej. 

Poetyki, stylu?

Nie przepatrzmy ważniejszego. Delikatnej, jak welon panny młodej, poezji.
Poezja!
Pewna Pani Redaktor powiedziała:

           Odnoszę wrażenie, że poezja jest dla pana ważna.

Mnie, skromnemu adeptowi sztuki blogerskiej, podczas debiutanckiej wizyty w radiu.
Zamurowało mnie i nic więcej ze mnie nie wydobyła.
Ale mam o czym myśleć.

Nie analizuję. Nie umiem ubierać  obłoku w spodnie. Nawet większość poetów tego nie umie. Ale prawdziwą poezję niektórzy umieją smakować. 
Piękny film.

Życzę wspaniałych wrażeń!

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Lema analizy ciąg dalszy

5 sierpnia, krótko :)

Pan profesor Stoff solidnie przeanalizował Lema. Bibliografia wspomagająca analizę imponująca. Imponująca nawet dzisiaj ta moc inspiracji...

Lem - to filozof w kosmicznym hełmie?
To by mnie pocieszało, bo straciłem wiele godzin i dużo miejsca w mojej biblioteczce. Zamiast studiować Pismo, Augustyna, Tomasza Akwinatę,  Tomasza a Kempis, Chestertona, Lewisa a także wielu tych, których już nie nadrobię - fascynowałem się podróżami międzygwiezdnymi, perypetiami bohaterów - wytworów lemowej wyobraźni i problematami - wytworami lemowskiej filozofii przypadku, fantastyki i futurologii.

Zostałem inżynierem - z umiłowania błyszczących, szemrzących wytwornie cacek, zwiastunów Przyszłej Epoki. Poruszających się na czarnych, jak heban oponach, z wirującymi w słońcu, dającymi odbicie zachwyconej twarzyczki chłopca, blaszanymi talerzami po bokach.
Później dopiero przyszło otrzeźwienie, że trzeba umieć policzyć moment gnący i umieć rysować zestawienie montażowe. A także mieć wyczucie,  gdzie moment gnący będzie wyginał najbardziej. Żeby nie kompromitować się liczeniem z dokładnością do milimetrów w jednym miejscu, gdy się nie policzyło z dokładnością do centymetrów w innym.
No i trzeba by było żyć w kraju, który ma ambicję tworzyć oryginalne konstrukcje takich cacek a nie poprzestawać na kupowaniu licencji i nieuchronnym pozostawaniu w tyle wyścigu.

Coś się zmieniło?
Widzę wokół podobne fascynacje rozwiązaniami technicznych  cacek, niestety przeważnie "stamtąd". I podobne działania - liczenia z dokładnością do milimetra tam, gdzie na oko widać, że trzyma. A pomyłki na metry, tam gdzie puszcza. 
Zasada instrukcji, rutyny,  procedury doprowadzone do absurdu. 
"Instrukcje obsługi" są pełne oczywistych i banalnych pouczeń, "jak się nie poparzyć gorącą kawą" a brak w nich porad, jak rozwiązać prawdziwy, chociaż przecież łatwy do przewidzenia, standardowy problem.

Przeczuwam, podobne do niegdysiejszych moich, frustracje pracy w kraju, który oryginalnych wytworów nie tworzy, bo wyścig odbywa się gdzie indziej.

Frustracje z powodu braku pola do popisu dla oryginalnych koncepcji byłyby może potencjalnym źródłem presji na zmiany.
Co je neutralizuje? Niezdrowe fascynacje "cackami" i chęć krzątania się wokół nich. Dziecinne marzenia, które nie mają się gdzie przemienić w dojrzałą, twórczą działalność.

Teraz mam już inne hobby. Trochę kosztem zawodu, bo mój "techniczny" blog bezwstydnie zaniedbuję.
Muszę właśnie zmykać tam. Mam coś do zapisania. 

Czy w tym swoim nowym hobby, braki w formacji pokryję doświadczeniem i wyczuciem, aby uniknąć humanistycznego "liczenia z dokładnością do mm, tam, gdzie i tak trzyma a zaniedbania na m, tam gdzie puszcza"?

Jeszcze tylko szybki, ważny cytat ze Stoffa (podkreślenie KR).:

Tragizm łączy się zawsze z transcendencją, z otwarciem na Coś czy Kogoś, nieskończenie przerastającego jednostkę, która uwikłana została w winę tragiczną. Zniszczenie wartości w nieuniknionym zderzeniu z inną, równorzędną wartością - bo na tym w istocie tragizm polega - dokonuje się zawsze w obliczu jakiejś instancji wyższej, która temu, co się dzieje nadaje sens, mimo zniszczenia czegoś wielkiego, istotnego.
I pomyśleć, że czcigodny profesor snuje takie rozważania na kanwie twórczości mojego "specjalisty od cacek", zdeklarowanego ateisty!
Oczywiście trzeba przyznać, że "cacka" były wplecione w "mądrą" historię, w której człowiek i jego dusza, nawet, jeśli nie przywoływana wprost, zawsze grały rozstrzygająca rolę.
Dobra literatura zawiera na dnie, niby pod siedmioma pierzynami łóżka księżniczki, ziarnko grochu filozofii. I tylko księżniczka go wyczuje.

A Stoff? Czy to własnie ta księżniczka?
Czy ogłasza zwycięstwo "mądrej, kosmicznej bajki z morałem", czy też popada w naukową manierę rozszczepiania włosa na czworo i dorabiania na siłę filozofii?

Czytać dalej?

poniedziałek, 29 lipca 2013

Lem, jako prorok

29 lipca, jak to dobrze jest się lenić w lipcu ...


Jak byłem młody i głupi, nie czytałem Biblii, tylko Lema. Wszystko, jak leci.
A facet napisał całą świecką biblię. Potem, niestety uwierzył w swoją proroczą moc. Jednocześnie (czy to przypadek? Pewnie tak....) utracił moc nade mną.

Ale po latach, kiedy nie wracam Lema, ale czasem obije mi się o ucho jakieś echo jego myśli u innych Jego fascynatów, przypominam coś sobie.

Jego zastanawiająco prorocze intuicje.
Ba. Nie tylko to.

I ja miałem jakieś dobre intuicje.
W końcu lat siedemdziesiątych, ja, "cham od klawiatury", wtedy zresztą od klawiatury maszyn do perforowania kart, pewnej studentce polonistyki opowiedziałem o literaturoznawczym, wykraczającym poza getto fantastyki, zacięciu autora książki - "Fantastyka i Futurologia".
Lem już wtedy był znanym i cenionym na świecie pisarzem, ale jednak z etykietką "fantastyki naukowej".

Ciekawiło mnie, czy polska filologia dostrzegła już jego samodzielną rolę pisarza - filozofa i literaturoznawcy.
Odpowiedź była negatywna.
Studentka była z Poznania. Nie wiedziała, że niemal dokładnie w tym czasie, Lemem, w sposób naukowy zainteresował się mój niemal rówieśnik - Andrzej Stoff z Torunia. I napisał pracę doktorską. Leżała u mnie w piwnicy tyle lat. Przetrwała dwie przeprowadzki, które, jak wiadomo, "równają się spaleniu".
Teraz,w upały, przyjemnie zejść do piwnicy, to robi się niepodziewane odkrycia.

Po przeczytaniu jego analizy, widzę Lema intuicje - jakby na nowo. Odkrywam drugie ich dno. Mam wprawdzie osłabiony słuch i wzrok, ale ostrzej widzę oczyma duszy?
Bo ciało ma okres eksploatacji niecałą setkę lat (stosownie do kultury użytkowania, genów i Boskiego zrządzenia) ale dusza jest nieśmiertelna, więc jestem szczeniak, nieco wyrośnięty.

Przepiszę teraz bez komentarza od pana profesora fragment opisu "nowego, wspaniałego świata" wypreparowany ostrym skalpelem badacza z powieści Stanisława Lema "Powrót z gwiazd". Kiedyś to czytali w Polskim Radiu. Opowieść kosmiczna. Fascynująca (przynajmniej mnie, przynajmniej wtedy), nieco pesymistyczna.
Teraz, nie czytając, tylko dając się ponieść dawnym wspomnieniom, pobudzanym przez ów skalpel filologa - poczułem się w pewnym momencie, jak astronauta, który właśnie wylądował. 

A przecież nigdzie mnie nie wystrzelono, nie odbyłem podróży kosmicznej z prędkością podświetlną i nie jestem starym człowiekiem, kalendarzowo kilkusetletnim, biologicznie - czterdziestolatkiem.

Jestem młodym, dobiegającym siedemdziesiątki człowiekiem, który czuje się, jakby wskoczył do powieści Lema. Posłuchajcie....

prof. Andrzej Stoff (Powieści fantastyczno-naukowe Stanisława-Lema, 1977 - praca doktorska,  1983 - wydanie książkowe)
Najbardziej wnikliwie rozpatruje autor sferę życia osobistego mieszkańców przyszłego, doskonałego świata. (...)
Jedynym kryterium doboru erotycznego jest młodość. Obsesja młodości połączona z przedłużeniem życia prowadzi do częstych operacji odmładzających, panicznego lęku przed siwizną i zmarszczkami dyskredytującymi jednostkę w oczach społeczności. 
(Tutaj Lem okazał się optymistą w swym pesymizmie. Pieniądz, jako kryterium doboru seksualnego nawet zyskał na znaczeniu. Ale ten "nowy czynnik" - bingo! Przyp. KR)

Łatwości w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich towarzyszy rozsądek "nieszczęśliwie zakochanych".
Rywalizacja, gwałtowne okazywanie uczuć wykreślone zostały z repertuaru zachowań.
Dewaluacji uległo pojęcie wierności.
Posiadanie potomstwa jest możliwe dopiero po złożeniu przez małżonków egzaminu ...
(No nie. Nie ma mowy. Tylko Kościół Katolicki, jako protezę wychowania do dojrzałości i odpowiedzialności stosuje takie ograniczniki. Z miernym skutkiem. Przyp.KR)

...a dzieci bardzo wcześnie poddawane są wszechstronnym procesom wychowawczym
w duchu kształtowania instynktu stadnego, lekceważenia i obrzydzenia przeszłości i kultu istniejącego stanu rzeczy jako najwyższego dobra.
(...)
Sztuka prawie nie istnieje. Są tylko jej żałosne namiastki, jarmarczne substytuty niebezpiecznych przygód (Pałac Merlina), kult gwiazd "realu" i telewizyjna papka informacyjna.
(...)
Tylko ostatni reprezentanci starego pokolenia znają jeszcze Szekspira, Homera i Platona. Obraz codzienności to szeroka panorama życia ułatwionego, przypominającego - szczególnie dzięki modzie obowiązującej kobiety i mężczyzn - wieczny karnawał.
Jeśli uświadommy sobie datę wydania książki: 1961 rok. I analizy badacza: 1977 - wrażenie dziwnego proroctwa staje się uderzające.
Oczywiście z kilkoma zastrzeżeniami.

Po pierwsze:
Obraz nie jest wierny.
Trochę przypomina złudzenia i otrzeźwienia rozwodnika ze starego dowcipu.
"Nowa żona ma wady pierwszej i ... swoje własne na dodatek".
Bo "u nas" właściwie żadne wady "przeszłości", którą pamięta Astronauta Bregg, nie odeszły. Zostały niemal w komplecie.

Pieniądz dalej rządzi.
A wygoda ogranicza się często do gadżetów, bez których można się obejść.
I dotyczy części społeczeństwa. I nie wszystkich obszarów ziemi. Raczej plamy wynaturzonej wygody.

No i koszty! U Lema - problem kosztów - został rozwiązany. Tutaj wisi nad nami, jak miecz Damoklesa. Jako
(a) dziura budżetowa uchwalana z wielką pompą,
(b) papierowy pieniądz z drukarenki plastykowych chłopczyków, zwanych premierami lub prezydentami.
I
(c) nasze własne, zaciągane na potęgę, kredyty.

Po drugie:
Obraz opisany w powieści nie króluje dziś jeszcze w przestrzeni realnej.
W medialnej - już tak.
Media nie zostały u Lema dostatecznie docenione.

Ich złowrogą rolę opisał (też proroczo) wcześniej Orwell. Ale jakiekolwiek skojarzenia z tą zakazaną wówczas książką mogłyby być dla jego twórczości niebezpieczne.
A może Lem nie znał wówczas Orwella?

Dlatego "u nas" - w realnym świecie mamy do czynienia ze zmaganiem się o rząd dusz między wizją z "Powrotu z Gwiazd" a starym porządkiem. I nic nie jest przesądzone.

Na szczęście.


wtorek, 9 lipca 2013

Awantura na Facebook'u, czyli emocje biorą górę nad rzeczowością :)

9 lipca, awantura na Facebook'u, czyli emocje biorą górę nad rzeczowością :)

Starłem się ostatnio na face'ie z pewną znakomitością.
Pierwsza korzyść już jest. Liczba odsłon na moim blogu gwałtownie wzrosła. Dziękuję, Panie Znakomitość!
"Starłem się" - oznacza, że facet zrobił mi swoją ostrą, jak brzytwa szpadą, kółko na czole, a na tyłku  wyciął mi znak Zorro, tak, że pupa prześwituje. Widziałem w lustrze, słowo honoru! Wyglądam teraz, jak sierżant Garcia, tylko z mniejszym brzuchem.

Zaszczyt starcia zawdzięczam Czcigodnej Gospodyni salonu.
Prowadzi go pewna moja miła, zacna i mądra znajoma. Pan Znakomitość podkreślił kilka razy, że robi to tylko z szacunku do niej. 
Inaczej pewnie przeszedł by przeze mnie, jak przez powietrze.

Przypomniało mi się parę starych filmów o jeszcze starszych czasach. I pięknych animatorkach kultury, które przyjmowały ludzi ciekawych i wybitnych a także jakichś fajtłapów, z litości, a także w nadziei, że "coś w nich jest" i czasem powiedzą coś ciekawego. Bo ludzie wybitni, zostawieni sami sobie, w końcu też będą "o tym samym" i zaczną przynudzać.

Ludzie ciekawi mieli wówczas motywację, żeby prezentować swoje pawie ogony przed śliczną i umiejącą słuchać gospodynią a gdy jakiś filip z konopi się wyrwał, jej autorytet i takt zapobiegał najgorszemu.

No i proszę! Mnie się to przytrafiło!

O co poszło?
"To długa historia".
Krótko, czy długo? 
A no tak. Znów się głupio pytam.

No to w punktach, może mi się uda?

1. Uwagi tradsów

Najpierw czereda tradsów robiła idiotyczne uwagi o Rekolekcjach na Stadionie Narodowym, prowadzonych przez ojca Johna Bashobory w obecności 
ordynariusza miejsca, arcybiskupa Henryka Hosera.

Czcigodna Gospodyni napisała na ten rozsądną relację.

Uwagi tradsów - przykłady
- zaniepokojone pytania o post eucharystyczny uczestników - to wersja light.

- Hard? Pogardliwe  - "litości" - w znaczeniu - "taki piknik na Stadionie! Co to ma być?", 

- "Rozsądne"? - linki do rozważań - spekulacji jakiejś zawziętej siostry zakonnej, która "wątpi, ma obawy" itp.

Jednym słowem,  z jednej strony - wydarzenie, może nie epokowe, ale radosne i optymistyczne,  BOŻE zgromadzenie. 

Z drugiej? "Oni",  "prawicowi", "nasi", "bywalcy pewnego salonu". 
Uwagi - jak hejterów z onetu. W lepszej formie, bo bez obelg. Ę i ą. Jak kiedyś na Frondzie. Brrr.
Ten sam styl. Ta sama atmosfera wydziwiania. Jak jakaś straszna, zakaźna choroba naszych czasów.
Nie potrafią zepsuć "nam".  Do końca nie, ale trochę  - tak.  

Ale sobie na pewno. "Oni" tak mają. 
"Katolicy teoretyczni".  Faryzeizm z dłuuuugą Tradycją.

Co ja tu wygaduję? 
Emocje? Nie na miejscu?
Czyżby?
To proszę mi uzasadnić, żebym się nie denerwował!

2. Bezowocne moderowanie Gospodyni

Gospodyni z godną podziwu flegmą tłumaczy to wszystko, jak dzieciom.
Ja, fakt, tyle cierpliwości nie mam. Nóż mi się otwiera w kieszeni.
Aaa tam! Po prostu - chole.a mnie bierze. To tylko notatnik. W regularnym wpisie bym tak nie napisał.

3. Zjawia się Pan Znakomitość. Wyważony, konkretny komentarz

Nie zauważa atmosfery psucia, znanej mi z niektórych żałosnych dyskusji, ile diabłów katolickiej moderny posoborowej zmieści się na łebku od szpilki.
Robi dość banalną uwagę, jednym palcem na smatfonie, w windzie.
Cytuję in extenso:
"Wydaje mi się, że na czas Mszy można było zamknąć stoiska z kiełbaskami itp"
Właściwie uwaga słuszna, niewinna i konkretna. Budzi podziw wstrzemięźliwością, flegmą i rzeczowością. Na tle tego głupiego acz eleganckiego trollowania - ewerest. Daję like'a.

4. Co jest na dnie? (patrz - "Pani Twardowska")

Ale jednak coś mnie nurtuje.
Bo po zastanowieniu, jest tu jakiś fałsz. Znakomitość daje wsparcie, (nieświadomie?) tradsowskim trollom. Dodatkowy argument. Rzeczowy. Rozstrzygający?

A kontekst? Nie widzi tego? On?
Próbuję odpowiedzieć w sposób wyważony, ale chyba ten diabeł z dna diabeł mnie podkusił, żeby trochę go zaczepić.
Bo "ma rację", ale "nie do końca".
Oto mój komentarz. "Żartobliwy, z nutką ironii".
To jest klasa komentarza. Zamiast "litości" - coś konstruktywnego.Za rok proszę przypilnować. W końcu ma Pan jakieś wpływy na bary z kiełbaskami?
No właśnie. Ostatnie zdanie było jednak ryzykowne. Nutka ironii może być odczuta "na granicy zażenowania."

Potem już poszło.

5. Koniec żałosny.

Mimo mitygującej postawy Gospodyni, która anielską dobrocią zaskarbiła sobie moje względy na zawsze, zostałem starty w proch.
Nie wymagajcie ode mnie cytatów. Nie jestem masochistą. Sami sobie prześledźcie!

Tym niemniej, moim  - "prostego człowieka" - zdaniem,  Znakomitość wzięła, koniec końców, stronę "faryzeuszy". I przyjęła pełną wyższości postawę pouczania, jak myć ręce przed jedzeniem.

6. Doświadczenie. 

Moje, moje.
Flegma i wstrzemięźliwość mają swoje granice. Znakomitość może też wyjść z nerw. I "rzeczowo" zrobić dziurę na tyłku. Baaa.
Ale, ale - wtedy żadne "tradsowskie przepisy mycia rąk po powrocie z miasta" nie pomagają. 

Emocje decydują!

PS

7. Eppur si muove...

 Już z bezpiecznej odległości, sierżant Garcia się odwinie:
Jak się jest takim akuratnym w sprawie "mycia rąk" - to się powinno napisać:
"podczas Mszy Św."
Palec się ze smartfona omsknął? Aaaa?

wtorek, 2 lipca 2013

Glossa do tekstu "Pojednanie Polaków i Ukraińców"

2 lipca, Gazeta Polska Codziennie.

Glossa do tekstu "Pojednanie Polaków i Ukraińców" oraz do komentarza Dżeffa

Motto: Czy możesz wypowiadać się o sprawach, o których sam przyznajesz, że nie masz pojęcia? Czy to uczciwe?
Dżeff, mój ukraiński przyjaciel i brat w wierze katolickiej.

Muszę o tym pomyśleć. Czy mam prawo? Muszę się doinformować.
A wiadomości w "sprawie wołyńskiej" nadchodzą coraz gorsze. Fakty!

Np. Andrej B. napisał na portalu Niezależna.pl coś w rodzaju listu do swoich rodaków - Ukraińców (cytat za GPC)

Cel mieliście jeden. Mordować. Był już luty 1945 r. Polacy przygotowywali się do wyjazdów do Polski, a mimo to mordy trwały. Potrafiliście napadać na pociągi, które oczekiwały zezwolenia na wyjazd. To było coś więcej niż chęć oczyszczenia ziemi ukraińskiej z ludności polskiej. To było zwykle zabijanie. Wśród mordowanych były rodziny mieszane polsko-ukraińskie. Nie było litości nawet dla nas. Z jeszcze większą zawziętością próbowaliście ustalić, kto jest pochodzenia ukraińskiego, aby "pożegnać",  a raczej zabić. (...)

Dżeff wytyka mi, że "nie mam pojęcia". No to zwracam uwagę na takie świadectwa. To wprawdzie tylko anonimowa relacja. Może to polski agent wpływu? 
No i ta wzbudzona przez Dżeffa wątpliwość: Dlaczego Kresowiacy tak się uwzięli na swoich ukraińskich Braci?
Kłamią? Uprawiają czarna propagandę? Grają trupami?

100 tys. czy 60 a może 12 tys, w tym większość to żołnierze AK, jak twierdzi pewien Ukrainiec na rp.pl?
A po stronie Ukraińskiej 2 tys. czy więcej? Czy te mordy po obu stronach miały zasadniczo ten sam charakter i właściwie nie ma o czym mówić, trzeba się po prostu jednać? Wybierzmy przyszłość?

Zanim będę kontynuował dyskusję, muszę się doinformować. Tylko nie jestem pewien, czy informacje, które dodatkowo uzyskam, zmienią moją optykę. 

Co do odrazy wobec wobec ludzi, którzy zaplanowali, wydali rozkazy i dopilnowali, żeby dziesiątki tysięcy niewinnych Kresowiaków zostało w okrutny sposób zabite, mam nadzieję, że ją z Dżeffem podzielamy. On ją odczuwa z wielkim bólem dodatkowym. Bo zbrodnia brata rodzonego boli bardziej, niż zbrodnia brata ciotecznego.

Poczekam również na obiecany "poważny" tekst Dżeffa.
Mam nadzieję, że będzie to tekst dla takich, jak ja. Słabo poinformowanych o racjach Ukraińców, które doprowadziły ich na skraj piekła.
W każdym razie, słabo poinformowanych z ukraińskiego punktu widzenia. 
Bo "coś" wiem. Jestem średnio oczytany. Mickiewicz, Zdziechowski, Mackiewicz, Jasienica, Miłosz, Konwicki, Sienkiewicz, Rymkiewicz. Też mieli serce dla Ukraińców. Ale to byli Polacy.

Mam nadzieję usłyszeć też o słusznych pretensjach Ukraińców do Polaków.
Które wszakże NIE USPRAWIEDLIWIAJĄ ludobójstwa.
Tu też, jak mniemam, zgadzamy się z Dżeffem, nawet spierając się, czy to było AŻ ludobójstwo.
Ciekaw jestem również, jak się Dżeff odniesie do moich wątpliwości, żeby budować narodowy mit ukraiński wokół organizacji, która popełniła taka zbrodnię?

"Czy to uczciwe"?
A może najpierw trzeba by potępić oficjalnie tę "gorszą połowę" UPA i jej dowódców? 
Odnieść się do piłatowego umycia rąk przez tę "lepszą połowę" (bo to groziło rozpadem armii!)?

Tak, tego nie wiedziałem. Dowódcy UPA, "ci lepsi", stali przed szatańskimi dylematami.
Jak je rozwiązali?
Bo Dżeff pisze tak, że mimo najlepszych chęci, czasem gubi się dystans do zbrodni i zbrodniczych zaniechań. Czy to tylko wyjaśnianie przyczyn, czy też jednocześnie bagatelizowanie skutków i rozgrzeszanie?
Pamiętajmy bowiem. To jest dyskurs o POJEDNANIU, nie o racjach Ukraińców.
Zbrodniarz też ma swoje racje. Na przykład zamordowany (albo jego dziadek/ojciec/matka/brat) był złodziejem, krzywdzicielem a nawet polskim nacjonalistą (osadnikiem wojskowym).
Tłumacząc "ukraińskie racje" łatwo można wpaść w dwuznaczność i osiągnąć skutek przeciwny do zamierzonego. Zacząć usprawiedliwiać zbrodniarzy.
Jeśli chodzi o mnie, ja wiem i pamiętam, z kim dyskutuję. Ale nie wszyscy Jego adwersarze są w tej samej sytuacji. 

Drogi Bracie,
Czekam, wyrażając solidarność z Twoim bólem. I wyznając, że podzielam go zapewne w niewystarczającym stopniu, ponieważ moi "bracia rodzeni" nie otrzymali dotąd wystarczającego zadośćuczynienia.
Niech Bóg będzie z Tobą.
Kris