poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Życie jest piękne, jeśli tylko trochę się postarać

Życie jest piękne
... życie jest śliczne, życie nastraja optymistycznie
..., jak głosi sztandarowa piosenka zespołu ludowego z Ponidzia.

Napisałem notatkę w starym Silva Rerum, pod wpływem chwili...
A chwila nie mija. Nawet ośmieliłem się wystawić na ryzyko odrzucenia, zgłaszając opracowaną po swojemu "recenzję". Ale mniejsza o ewentualne "sukcesy". Wiem, że nie jestem recenzentem.
Musiałem to napisać. Nic na to nie poradzę.

1. Wstęp
Obejrzałem film z Internetu. Po raz drugi. Pierwszy raz - to było w kinie, dawno temu, w czasach naiwnego optymizmu. Kiedy jeszcze "nasz papież" żył i dawał nam ofensywne zadania w Europie. Teraz ofensywni są Węgrzy a my aspirujemy do roli ich naśladowców.
Ale już wiadomo, że Niniwa raczej pokaże nam ruski miesiąc, niż się nawróci.

Teraz razem w domu, jakby na nieoficjalnym pokazie, z najmłodszą córką. We wspólnocie pokoleń.

Włoski film z ubiegłego wieku. I to czuć.
Trzy Oscary, Przedsięwzięcie prawie rodzinne, bo para głównych bohaterów - grana przez małżeństwo. To dobra włoska tradycja. Mieć żonę - dobrą aktorkę, to skarb.
MasinaLoren i teraz - Nicoletta Braschi.
Ale pierwsze skrzypce gra tu jej mąż, bo nie tylko reżyser ale i aktor, Roberto Benigni. Rola wykonana brawurowo.

Każda scena budzi tyle skojarzeń i refleksji...
Spróbuję krótko, w punktach.

2. Dlaczego ja?
Film o holocauście w atmosferze sielanki.  Przeczytałem na nieocenionym Filmwebie kilka recenzji w tym duchu. Mowa.
Szpital Przemienienia Lema jest powieścią okupacyjno - medyczną w atmosferze horroru.
Zaś Czarodziejska Góra Tomasza Manna to powieść obyczajowa ze sfer sanatoryjnych z pseudo - filozoficznymi dłużyznami.

Czasem zęby bolą od tych profesjonalnych notek. Ale to inspirujący traf, jak człowieka trafia szlag.

3. Moja konkurencyjna najkrótsza recenzja?
Czujny, pomysłowy arlekin, grający w teatrze życia subtelną poezję.
O coś!

Gra poezję. Czy to dobre zdanie?

Bo umowność fabuły jest tu wielką zaletą, wręcz skarbem dzieła. Jest czystą poezją.
Skonstruowaną niczym misternie utkany haft figur menueta na osnowie starej koronki.
Balet z dialogami i mocną pointą po każdej scenie.

Zachwyca profesjonalizmem ...a tam, co za wyświechtane słowo...
Oszałamia błyskiem klingi geniuszu, iskrzącym się w zderzeniu z twardą skałą żmudnego trudu.

4. Trochę więcej. Analiza treści.

Film składa się z dwóch części: 

a) Realizacja marzenia przez brawurową akcję natarcia. Emocjonująca gra.
Instrument - poezja, cel - miłość. Wygrana!

b) Bohaterska obrona owoców miłości przed Potworem.
Bo później sielanka się kończy. Zaczyna się gra o uratowanie miłości. Pomysłowa i pełna poświęcenia, Arlekin umiera i wygrywa.

Wszystko zrealizowane z precyzją, według najlepszych reguł dramaturgii. Strzelba z pierwszego aktu ma wystrzelić w ostatnim?
Użyjmy do tego czarnego kapelusza! I przez szczęśliwy splot przypadków osiągnijmy cel dramatu, gdy krawiec odzyskuje swój kapelusz a Arlekin - zdobywa serce dziewczyny.

Zresztą, co mamy sobie żałować! Dlaczego tylko jedna strzelba? Weźmy konia. Albo czołg. I każdy z tych rekwizytów gra swoją cudowną rolę machiny Zeusa.
         
           Deus ex machina

Której wejście jest starannie przygotowane a nawet zapowiedziane. Tylko wszystkim się wydaje, że to tylko rojenia nieszkodliwego maniaka. A to prawda!

Są też sceny poruszające nie treścią tylko kontekstem, siłą szerszej wizji..

Niemiec,  lekarz. Solidnie groteskowy w swojej ostatniej roli, Horst Buchholz, znany z zupełnie innej - Chico w Siedmiu Wspaniałych, sprzed bez mała czterdziestu lat!
Rozmawia z ocalonym przez siebie Arlekinem, w przebraniu kelnera. Ocalonym z powodu zupełnie abstrakcyjnej a niepodziewanie przydatnej, na tym dnie piekła, umiejętności.
To scena zderzenia trosk Prawdziwego Człowieka, który zstąpił do piekieł, z troskami bezdusznego i głupiego, jak but, więc właściwie wymykającego się nawet jakimkolwiek ocenom moralnych - "porządnego Niemca". 
Kiedy świat zwykłych nadziei na pomoc ze strony znajomego runął bezpowrotnie. Został tylko świat zwariowanych mrzonek.
Pierwszy, Wielki Skrót. A właściwie - drugi w kolejności.

Bo wcześniej - jest scena tłumaczenia przez bohatera na włoski surowej przemowy obozowej władzy. Zasługuje na osobny traktat, nie szybką wzmiankę. Ale tamta scena - też godna traktatu. To już dwa. Tylko, kto to przeczyta? Zobaczcie przynajmniej film!

Jeśli sobie nad nią pomedytujemy, nawet nie rozumiejąc ani w ząb niemieckiego, ta scena ukazuje całą ohydę i absurd niemieckiego przedsięwzięcia umoszczenia sobie gniazdka lebensraumu przy pomocy środka na insekty.
Bo "traktowano" tu obie strony, tę tłumaczoną i tę tłumaczącą - w pewnym sensie - jednakowo: jednych - jak insekty, innych, jak środek na insekty.

Jedna krótka i śmieszno-straszna scena, która jest kwintesencją absurdu czystego zła!
Sfilmowany Aforyzm -  unikat.

5.  Przesłanie
Ale forma i pietyzm wobec szczegółu byłyby tylko grą płochych światełek, gdyby nie poruszające przesłanie.
A przesłanie jest odwieczne, w tym groteskowym przebraniu - wzruszające.
Czy tego polscy realizatorzy nie wiedzą? Że gwarancją powodzenia misji artystycznej, jest wciągnięcie widza do środka filmu przez rozkochanie go w bohaterze?

Gdzie się podziały te wzruszające i irytujące okrzyki z widowni:

   "Uważaj! Z tyłu!!!! Aaaaa!"

Czasem wydaje się, że ci wszyscy reżyserzy, którzy się gromadzą w Gdyni i rozdają sobie nagrody za filmy, których potem nikt nie ogląda, uwzięli się na swoich bohaterów i ich hejtują, bo tak się przyzwyczaili podczas swoich nocnych bijatyk internetowych.

Takie wstydliwe, wytworne nałogi polskich twórców filmowych, uprawiających pedagogikę wstydu..

Ale nie Roberto. Kreuje on bohatera umiejącego kochać.
Bohatera, który samą prawdą swej miłości umie rozkochać w sobie nie tylko kobietę z innego świata.
Potrafi rozkochać ludzi z innej planety, siedzących w fotelach i gryzących popcorn.

Holocaust ?  Znów??? OK. No problem. Oscary i promocja nie zawadzą.
Ale liczy się przede wszystkim piękna historia o miłości.

Istotą miłości jest  c z u j n o ś ć.
Troska w miłości - to czujność. Matka, która budzi się, kiedy jej dziecko płacze, ale nie budzi się, kiedy z hukiem spada wazon z okna.

Nie można ustawać w tej czujności aż do ukończenia biegu. I Arlekin aż do końca jest czujny, pomysłowy, pełen inwencji i nie dopuszczający czarnych myśli.
Heroizm z uśmiechem na ustach, idący tanecznym krokiem na śmierć.
Jest w tym jakieś genialne uzupełnienie dobrej nowiny.

Bóg jest niewidoczny ale obecny najbardziej, jak to można sobie wyobrazić.

7. O poezji 
Ten film można wyświetlać w szkołach filmowych scena po scenie, żeby uczyć języka, stylu i poetyki  filmowej. 

Poetyki, stylu?

Nie przepatrzmy ważniejszego. Delikatnej, jak welon panny młodej, poezji.
Poezja!
Pewna Pani Redaktor powiedziała:

           Odnoszę wrażenie, że poezja jest dla pana ważna.

Mnie, skromnemu adeptowi sztuki blogerskiej, podczas debiutanckiej wizyty w radiu.
Zamurowało mnie i nic więcej ze mnie nie wydobyła.
Ale mam o czym myśleć.

Nie analizuję. Nie umiem ubierać  obłoku w spodnie. Nawet większość poetów tego nie umie. Ale prawdziwą poezję niektórzy umieją smakować. 
Piękny film.

Życzę wspaniałych wrażeń!

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Lema analizy ciąg dalszy

5 sierpnia, krótko :)

Pan profesor Stoff solidnie przeanalizował Lema. Bibliografia wspomagająca analizę imponująca. Imponująca nawet dzisiaj ta moc inspiracji...

Lem - to filozof w kosmicznym hełmie?
To by mnie pocieszało, bo straciłem wiele godzin i dużo miejsca w mojej biblioteczce. Zamiast studiować Pismo, Augustyna, Tomasza Akwinatę,  Tomasza a Kempis, Chestertona, Lewisa a także wielu tych, których już nie nadrobię - fascynowałem się podróżami międzygwiezdnymi, perypetiami bohaterów - wytworów lemowej wyobraźni i problematami - wytworami lemowskiej filozofii przypadku, fantastyki i futurologii.

Zostałem inżynierem - z umiłowania błyszczących, szemrzących wytwornie cacek, zwiastunów Przyszłej Epoki. Poruszających się na czarnych, jak heban oponach, z wirującymi w słońcu, dającymi odbicie zachwyconej twarzyczki chłopca, blaszanymi talerzami po bokach.
Później dopiero przyszło otrzeźwienie, że trzeba umieć policzyć moment gnący i umieć rysować zestawienie montażowe. A także mieć wyczucie,  gdzie moment gnący będzie wyginał najbardziej. Żeby nie kompromitować się liczeniem z dokładnością do milimetrów w jednym miejscu, gdy się nie policzyło z dokładnością do centymetrów w innym.
No i trzeba by było żyć w kraju, który ma ambicję tworzyć oryginalne konstrukcje takich cacek a nie poprzestawać na kupowaniu licencji i nieuchronnym pozostawaniu w tyle wyścigu.

Coś się zmieniło?
Widzę wokół podobne fascynacje rozwiązaniami technicznych  cacek, niestety przeważnie "stamtąd". I podobne działania - liczenia z dokładnością do milimetra tam, gdzie na oko widać, że trzyma. A pomyłki na metry, tam gdzie puszcza. 
Zasada instrukcji, rutyny,  procedury doprowadzone do absurdu. 
"Instrukcje obsługi" są pełne oczywistych i banalnych pouczeń, "jak się nie poparzyć gorącą kawą" a brak w nich porad, jak rozwiązać prawdziwy, chociaż przecież łatwy do przewidzenia, standardowy problem.

Przeczuwam, podobne do niegdysiejszych moich, frustracje pracy w kraju, który oryginalnych wytworów nie tworzy, bo wyścig odbywa się gdzie indziej.

Frustracje z powodu braku pola do popisu dla oryginalnych koncepcji byłyby może potencjalnym źródłem presji na zmiany.
Co je neutralizuje? Niezdrowe fascynacje "cackami" i chęć krzątania się wokół nich. Dziecinne marzenia, które nie mają się gdzie przemienić w dojrzałą, twórczą działalność.

Teraz mam już inne hobby. Trochę kosztem zawodu, bo mój "techniczny" blog bezwstydnie zaniedbuję.
Muszę właśnie zmykać tam. Mam coś do zapisania. 

Czy w tym swoim nowym hobby, braki w formacji pokryję doświadczeniem i wyczuciem, aby uniknąć humanistycznego "liczenia z dokładnością do mm, tam, gdzie i tak trzyma a zaniedbania na m, tam gdzie puszcza"?

Jeszcze tylko szybki, ważny cytat ze Stoffa (podkreślenie KR).:

Tragizm łączy się zawsze z transcendencją, z otwarciem na Coś czy Kogoś, nieskończenie przerastającego jednostkę, która uwikłana została w winę tragiczną. Zniszczenie wartości w nieuniknionym zderzeniu z inną, równorzędną wartością - bo na tym w istocie tragizm polega - dokonuje się zawsze w obliczu jakiejś instancji wyższej, która temu, co się dzieje nadaje sens, mimo zniszczenia czegoś wielkiego, istotnego.
I pomyśleć, że czcigodny profesor snuje takie rozważania na kanwie twórczości mojego "specjalisty od cacek", zdeklarowanego ateisty!
Oczywiście trzeba przyznać, że "cacka" były wplecione w "mądrą" historię, w której człowiek i jego dusza, nawet, jeśli nie przywoływana wprost, zawsze grały rozstrzygająca rolę.
Dobra literatura zawiera na dnie, niby pod siedmioma pierzynami łóżka księżniczki, ziarnko grochu filozofii. I tylko księżniczka go wyczuje.

A Stoff? Czy to własnie ta księżniczka?
Czy ogłasza zwycięstwo "mądrej, kosmicznej bajki z morałem", czy też popada w naukową manierę rozszczepiania włosa na czworo i dorabiania na siłę filozofii?

Czytać dalej?

poniedziałek, 29 lipca 2013

Lem, jako prorok

29 lipca, jak to dobrze jest się lenić w lipcu ...


Jak byłem młody i głupi, nie czytałem Biblii, tylko Lema. Wszystko, jak leci.
A facet napisał całą świecką biblię. Potem, niestety uwierzył w swoją proroczą moc. Jednocześnie (czy to przypadek? Pewnie tak....) utracił moc nade mną.

Ale po latach, kiedy nie wracam Lema, ale czasem obije mi się o ucho jakieś echo jego myśli u innych Jego fascynatów, przypominam coś sobie.

Jego zastanawiająco prorocze intuicje.
Ba. Nie tylko to.

I ja miałem jakieś dobre intuicje.
W końcu lat siedemdziesiątych, ja, "cham od klawiatury", wtedy zresztą od klawiatury maszyn do perforowania kart, pewnej studentce polonistyki opowiedziałem o literaturoznawczym, wykraczającym poza getto fantastyki, zacięciu autora książki - "Fantastyka i Futurologia".
Lem już wtedy był znanym i cenionym na świecie pisarzem, ale jednak z etykietką "fantastyki naukowej".

Ciekawiło mnie, czy polska filologia dostrzegła już jego samodzielną rolę pisarza - filozofa i literaturoznawcy.
Odpowiedź była negatywna.
Studentka była z Poznania. Nie wiedziała, że niemal dokładnie w tym czasie, Lemem, w sposób naukowy zainteresował się mój niemal rówieśnik - Andrzej Stoff z Torunia. I napisał pracę doktorską. Leżała u mnie w piwnicy tyle lat. Przetrwała dwie przeprowadzki, które, jak wiadomo, "równają się spaleniu".
Teraz,w upały, przyjemnie zejść do piwnicy, to robi się niepodziewane odkrycia.

Po przeczytaniu jego analizy, widzę Lema intuicje - jakby na nowo. Odkrywam drugie ich dno. Mam wprawdzie osłabiony słuch i wzrok, ale ostrzej widzę oczyma duszy?
Bo ciało ma okres eksploatacji niecałą setkę lat (stosownie do kultury użytkowania, genów i Boskiego zrządzenia) ale dusza jest nieśmiertelna, więc jestem szczeniak, nieco wyrośnięty.

Przepiszę teraz bez komentarza od pana profesora fragment opisu "nowego, wspaniałego świata" wypreparowany ostrym skalpelem badacza z powieści Stanisława Lema "Powrót z gwiazd". Kiedyś to czytali w Polskim Radiu. Opowieść kosmiczna. Fascynująca (przynajmniej mnie, przynajmniej wtedy), nieco pesymistyczna.
Teraz, nie czytając, tylko dając się ponieść dawnym wspomnieniom, pobudzanym przez ów skalpel filologa - poczułem się w pewnym momencie, jak astronauta, który właśnie wylądował. 

A przecież nigdzie mnie nie wystrzelono, nie odbyłem podróży kosmicznej z prędkością podświetlną i nie jestem starym człowiekiem, kalendarzowo kilkusetletnim, biologicznie - czterdziestolatkiem.

Jestem młodym, dobiegającym siedemdziesiątki człowiekiem, który czuje się, jakby wskoczył do powieści Lema. Posłuchajcie....

prof. Andrzej Stoff (Powieści fantastyczno-naukowe Stanisława-Lema, 1977 - praca doktorska,  1983 - wydanie książkowe)
Najbardziej wnikliwie rozpatruje autor sferę życia osobistego mieszkańców przyszłego, doskonałego świata. (...)
Jedynym kryterium doboru erotycznego jest młodość. Obsesja młodości połączona z przedłużeniem życia prowadzi do częstych operacji odmładzających, panicznego lęku przed siwizną i zmarszczkami dyskredytującymi jednostkę w oczach społeczności. 
(Tutaj Lem okazał się optymistą w swym pesymizmie. Pieniądz, jako kryterium doboru seksualnego nawet zyskał na znaczeniu. Ale ten "nowy czynnik" - bingo! Przyp. KR)

Łatwości w nawiązywaniu kontaktów towarzyskich towarzyszy rozsądek "nieszczęśliwie zakochanych".
Rywalizacja, gwałtowne okazywanie uczuć wykreślone zostały z repertuaru zachowań.
Dewaluacji uległo pojęcie wierności.
Posiadanie potomstwa jest możliwe dopiero po złożeniu przez małżonków egzaminu ...
(No nie. Nie ma mowy. Tylko Kościół Katolicki, jako protezę wychowania do dojrzałości i odpowiedzialności stosuje takie ograniczniki. Z miernym skutkiem. Przyp.KR)

...a dzieci bardzo wcześnie poddawane są wszechstronnym procesom wychowawczym
w duchu kształtowania instynktu stadnego, lekceważenia i obrzydzenia przeszłości i kultu istniejącego stanu rzeczy jako najwyższego dobra.
(...)
Sztuka prawie nie istnieje. Są tylko jej żałosne namiastki, jarmarczne substytuty niebezpiecznych przygód (Pałac Merlina), kult gwiazd "realu" i telewizyjna papka informacyjna.
(...)
Tylko ostatni reprezentanci starego pokolenia znają jeszcze Szekspira, Homera i Platona. Obraz codzienności to szeroka panorama życia ułatwionego, przypominającego - szczególnie dzięki modzie obowiązującej kobiety i mężczyzn - wieczny karnawał.
Jeśli uświadommy sobie datę wydania książki: 1961 rok. I analizy badacza: 1977 - wrażenie dziwnego proroctwa staje się uderzające.
Oczywiście z kilkoma zastrzeżeniami.

Po pierwsze:
Obraz nie jest wierny.
Trochę przypomina złudzenia i otrzeźwienia rozwodnika ze starego dowcipu.
"Nowa żona ma wady pierwszej i ... swoje własne na dodatek".
Bo "u nas" właściwie żadne wady "przeszłości", którą pamięta Astronauta Bregg, nie odeszły. Zostały niemal w komplecie.

Pieniądz dalej rządzi.
A wygoda ogranicza się często do gadżetów, bez których można się obejść.
I dotyczy części społeczeństwa. I nie wszystkich obszarów ziemi. Raczej plamy wynaturzonej wygody.

No i koszty! U Lema - problem kosztów - został rozwiązany. Tutaj wisi nad nami, jak miecz Damoklesa. Jako
(a) dziura budżetowa uchwalana z wielką pompą,
(b) papierowy pieniądz z drukarenki plastykowych chłopczyków, zwanych premierami lub prezydentami.
I
(c) nasze własne, zaciągane na potęgę, kredyty.

Po drugie:
Obraz opisany w powieści nie króluje dziś jeszcze w przestrzeni realnej.
W medialnej - już tak.
Media nie zostały u Lema dostatecznie docenione.

Ich złowrogą rolę opisał (też proroczo) wcześniej Orwell. Ale jakiekolwiek skojarzenia z tą zakazaną wówczas książką mogłyby być dla jego twórczości niebezpieczne.
A może Lem nie znał wówczas Orwella?

Dlatego "u nas" - w realnym świecie mamy do czynienia ze zmaganiem się o rząd dusz między wizją z "Powrotu z Gwiazd" a starym porządkiem. I nic nie jest przesądzone.

Na szczęście.


wtorek, 9 lipca 2013

Awantura na Facebook'u, czyli emocje biorą górę nad rzeczowością :)

9 lipca, awantura na Facebook'u, czyli emocje biorą górę nad rzeczowością :)

Starłem się ostatnio na face'ie z pewną znakomitością.
Pierwsza korzyść już jest. Liczba odsłon na moim blogu gwałtownie wzrosła. Dziękuję, Panie Znakomitość!
"Starłem się" - oznacza, że facet zrobił mi swoją ostrą, jak brzytwa szpadą, kółko na czole, a na tyłku  wyciął mi znak Zorro, tak, że pupa prześwituje. Widziałem w lustrze, słowo honoru! Wyglądam teraz, jak sierżant Garcia, tylko z mniejszym brzuchem.

Zaszczyt starcia zawdzięczam Czcigodnej Gospodyni salonu.
Prowadzi go pewna moja miła, zacna i mądra znajoma. Pan Znakomitość podkreślił kilka razy, że robi to tylko z szacunku do niej. 
Inaczej pewnie przeszedł by przeze mnie, jak przez powietrze.

Przypomniało mi się parę starych filmów o jeszcze starszych czasach. I pięknych animatorkach kultury, które przyjmowały ludzi ciekawych i wybitnych a także jakichś fajtłapów, z litości, a także w nadziei, że "coś w nich jest" i czasem powiedzą coś ciekawego. Bo ludzie wybitni, zostawieni sami sobie, w końcu też będą "o tym samym" i zaczną przynudzać.

Ludzie ciekawi mieli wówczas motywację, żeby prezentować swoje pawie ogony przed śliczną i umiejącą słuchać gospodynią a gdy jakiś filip z konopi się wyrwał, jej autorytet i takt zapobiegał najgorszemu.

No i proszę! Mnie się to przytrafiło!

O co poszło?
"To długa historia".
Krótko, czy długo? 
A no tak. Znów się głupio pytam.

No to w punktach, może mi się uda?

1. Uwagi tradsów

Najpierw czereda tradsów robiła idiotyczne uwagi o Rekolekcjach na Stadionie Narodowym, prowadzonych przez ojca Johna Bashobory w obecności 
ordynariusza miejsca, arcybiskupa Henryka Hosera.

Czcigodna Gospodyni napisała na ten rozsądną relację.

Uwagi tradsów - przykłady
- zaniepokojone pytania o post eucharystyczny uczestników - to wersja light.

- Hard? Pogardliwe  - "litości" - w znaczeniu - "taki piknik na Stadionie! Co to ma być?", 

- "Rozsądne"? - linki do rozważań - spekulacji jakiejś zawziętej siostry zakonnej, która "wątpi, ma obawy" itp.

Jednym słowem,  z jednej strony - wydarzenie, może nie epokowe, ale radosne i optymistyczne,  BOŻE zgromadzenie. 

Z drugiej? "Oni",  "prawicowi", "nasi", "bywalcy pewnego salonu". 
Uwagi - jak hejterów z onetu. W lepszej formie, bo bez obelg. Ę i ą. Jak kiedyś na Frondzie. Brrr.
Ten sam styl. Ta sama atmosfera wydziwiania. Jak jakaś straszna, zakaźna choroba naszych czasów.
Nie potrafią zepsuć "nam".  Do końca nie, ale trochę  - tak.  

Ale sobie na pewno. "Oni" tak mają. 
"Katolicy teoretyczni".  Faryzeizm z dłuuuugą Tradycją.

Co ja tu wygaduję? 
Emocje? Nie na miejscu?
Czyżby?
To proszę mi uzasadnić, żebym się nie denerwował!

2. Bezowocne moderowanie Gospodyni

Gospodyni z godną podziwu flegmą tłumaczy to wszystko, jak dzieciom.
Ja, fakt, tyle cierpliwości nie mam. Nóż mi się otwiera w kieszeni.
Aaa tam! Po prostu - chole.a mnie bierze. To tylko notatnik. W regularnym wpisie bym tak nie napisał.

3. Zjawia się Pan Znakomitość. Wyważony, konkretny komentarz

Nie zauważa atmosfery psucia, znanej mi z niektórych żałosnych dyskusji, ile diabłów katolickiej moderny posoborowej zmieści się na łebku od szpilki.
Robi dość banalną uwagę, jednym palcem na smatfonie, w windzie.
Cytuję in extenso:
"Wydaje mi się, że na czas Mszy można było zamknąć stoiska z kiełbaskami itp"
Właściwie uwaga słuszna, niewinna i konkretna. Budzi podziw wstrzemięźliwością, flegmą i rzeczowością. Na tle tego głupiego acz eleganckiego trollowania - ewerest. Daję like'a.

4. Co jest na dnie? (patrz - "Pani Twardowska")

Ale jednak coś mnie nurtuje.
Bo po zastanowieniu, jest tu jakiś fałsz. Znakomitość daje wsparcie, (nieświadomie?) tradsowskim trollom. Dodatkowy argument. Rzeczowy. Rozstrzygający?

A kontekst? Nie widzi tego? On?
Próbuję odpowiedzieć w sposób wyważony, ale chyba ten diabeł z dna diabeł mnie podkusił, żeby trochę go zaczepić.
Bo "ma rację", ale "nie do końca".
Oto mój komentarz. "Żartobliwy, z nutką ironii".
To jest klasa komentarza. Zamiast "litości" - coś konstruktywnego.Za rok proszę przypilnować. W końcu ma Pan jakieś wpływy na bary z kiełbaskami?
No właśnie. Ostatnie zdanie było jednak ryzykowne. Nutka ironii może być odczuta "na granicy zażenowania."

Potem już poszło.

5. Koniec żałosny.

Mimo mitygującej postawy Gospodyni, która anielską dobrocią zaskarbiła sobie moje względy na zawsze, zostałem starty w proch.
Nie wymagajcie ode mnie cytatów. Nie jestem masochistą. Sami sobie prześledźcie!

Tym niemniej, moim  - "prostego człowieka" - zdaniem,  Znakomitość wzięła, koniec końców, stronę "faryzeuszy". I przyjęła pełną wyższości postawę pouczania, jak myć ręce przed jedzeniem.

6. Doświadczenie. 

Moje, moje.
Flegma i wstrzemięźliwość mają swoje granice. Znakomitość może też wyjść z nerw. I "rzeczowo" zrobić dziurę na tyłku. Baaa.
Ale, ale - wtedy żadne "tradsowskie przepisy mycia rąk po powrocie z miasta" nie pomagają. 

Emocje decydują!

PS

7. Eppur si muove...

 Już z bezpiecznej odległości, sierżant Garcia się odwinie:
Jak się jest takim akuratnym w sprawie "mycia rąk" - to się powinno napisać:
"podczas Mszy Św."
Palec się ze smartfona omsknął? Aaaa?

wtorek, 2 lipca 2013

Glossa do tekstu "Pojednanie Polaków i Ukraińców"

2 lipca, Gazeta Polska Codziennie.

Glossa do tekstu "Pojednanie Polaków i Ukraińców" oraz do komentarza Dżeffa

Motto: Czy możesz wypowiadać się o sprawach, o których sam przyznajesz, że nie masz pojęcia? Czy to uczciwe?
Dżeff, mój ukraiński przyjaciel i brat w wierze katolickiej.

Muszę o tym pomyśleć. Czy mam prawo? Muszę się doinformować.
A wiadomości w "sprawie wołyńskiej" nadchodzą coraz gorsze. Fakty!

Np. Andrej B. napisał na portalu Niezależna.pl coś w rodzaju listu do swoich rodaków - Ukraińców (cytat za GPC)

Cel mieliście jeden. Mordować. Był już luty 1945 r. Polacy przygotowywali się do wyjazdów do Polski, a mimo to mordy trwały. Potrafiliście napadać na pociągi, które oczekiwały zezwolenia na wyjazd. To było coś więcej niż chęć oczyszczenia ziemi ukraińskiej z ludności polskiej. To było zwykle zabijanie. Wśród mordowanych były rodziny mieszane polsko-ukraińskie. Nie było litości nawet dla nas. Z jeszcze większą zawziętością próbowaliście ustalić, kto jest pochodzenia ukraińskiego, aby "pożegnać",  a raczej zabić. (...)

Dżeff wytyka mi, że "nie mam pojęcia". No to zwracam uwagę na takie świadectwa. To wprawdzie tylko anonimowa relacja. Może to polski agent wpływu? 
No i ta wzbudzona przez Dżeffa wątpliwość: Dlaczego Kresowiacy tak się uwzięli na swoich ukraińskich Braci?
Kłamią? Uprawiają czarna propagandę? Grają trupami?

100 tys. czy 60 a może 12 tys, w tym większość to żołnierze AK, jak twierdzi pewien Ukrainiec na rp.pl?
A po stronie Ukraińskiej 2 tys. czy więcej? Czy te mordy po obu stronach miały zasadniczo ten sam charakter i właściwie nie ma o czym mówić, trzeba się po prostu jednać? Wybierzmy przyszłość?

Zanim będę kontynuował dyskusję, muszę się doinformować. Tylko nie jestem pewien, czy informacje, które dodatkowo uzyskam, zmienią moją optykę. 

Co do odrazy wobec wobec ludzi, którzy zaplanowali, wydali rozkazy i dopilnowali, żeby dziesiątki tysięcy niewinnych Kresowiaków zostało w okrutny sposób zabite, mam nadzieję, że ją z Dżeffem podzielamy. On ją odczuwa z wielkim bólem dodatkowym. Bo zbrodnia brata rodzonego boli bardziej, niż zbrodnia brata ciotecznego.

Poczekam również na obiecany "poważny" tekst Dżeffa.
Mam nadzieję, że będzie to tekst dla takich, jak ja. Słabo poinformowanych o racjach Ukraińców, które doprowadziły ich na skraj piekła.
W każdym razie, słabo poinformowanych z ukraińskiego punktu widzenia. 
Bo "coś" wiem. Jestem średnio oczytany. Mickiewicz, Zdziechowski, Mackiewicz, Jasienica, Miłosz, Konwicki, Sienkiewicz, Rymkiewicz. Też mieli serce dla Ukraińców. Ale to byli Polacy.

Mam nadzieję usłyszeć też o słusznych pretensjach Ukraińców do Polaków.
Które wszakże NIE USPRAWIEDLIWIAJĄ ludobójstwa.
Tu też, jak mniemam, zgadzamy się z Dżeffem, nawet spierając się, czy to było AŻ ludobójstwo.
Ciekaw jestem również, jak się Dżeff odniesie do moich wątpliwości, żeby budować narodowy mit ukraiński wokół organizacji, która popełniła taka zbrodnię?

"Czy to uczciwe"?
A może najpierw trzeba by potępić oficjalnie tę "gorszą połowę" UPA i jej dowódców? 
Odnieść się do piłatowego umycia rąk przez tę "lepszą połowę" (bo to groziło rozpadem armii!)?

Tak, tego nie wiedziałem. Dowódcy UPA, "ci lepsi", stali przed szatańskimi dylematami.
Jak je rozwiązali?
Bo Dżeff pisze tak, że mimo najlepszych chęci, czasem gubi się dystans do zbrodni i zbrodniczych zaniechań. Czy to tylko wyjaśnianie przyczyn, czy też jednocześnie bagatelizowanie skutków i rozgrzeszanie?
Pamiętajmy bowiem. To jest dyskurs o POJEDNANIU, nie o racjach Ukraińców.
Zbrodniarz też ma swoje racje. Na przykład zamordowany (albo jego dziadek/ojciec/matka/brat) był złodziejem, krzywdzicielem a nawet polskim nacjonalistą (osadnikiem wojskowym).
Tłumacząc "ukraińskie racje" łatwo można wpaść w dwuznaczność i osiągnąć skutek przeciwny do zamierzonego. Zacząć usprawiedliwiać zbrodniarzy.
Jeśli chodzi o mnie, ja wiem i pamiętam, z kim dyskutuję. Ale nie wszyscy Jego adwersarze są w tej samej sytuacji. 

Drogi Bracie,
Czekam, wyrażając solidarność z Twoim bólem. I wyznając, że podzielam go zapewne w niewystarczającym stopniu, ponieważ moi "bracia rodzeni" nie otrzymali dotąd wystarczającego zadośćuczynienia.
Niech Bóg będzie z Tobą.
Kris

niedziela, 30 czerwca 2013

Telewizja na iPhonie

30 czerwca, telewizja R. na iphonie.

Strasznie mi przerywa nawet, jak Speedtest mi pokazuje 20MB. No i ile można oglądać gadające głowy, które przekonują przekonanego?
Można, pod warunkiem, że Wildstein dyskutuje z profesorami i doktorami.
Jest lepszy, niż z czasów, kiedy jeszcze go wpuszczali do TVP. Tamta audycja miała za dużo bajerów i się rozjeżdżała.
Teraz - dyskusja ludzi kulturalnych, kompetentnych, ,dla mnie zupełnie nieznanych - to odkrycie i prawie uczta. Żeby nie przechwalić.
Antoni Libera - ten od "Madame" błysnął oczytaniem filozofów. Ja muszę doczytać.
Pani profesor Agnieszka Nogal i pan dr Mateusz Werner
O komunizmie, Baumanie i Polsce. Świetne. Jak opublikują jeszcze raz na portalu - polecam!

Streszczenie dyskusji - w mojej interpretacji. Nieautoryzowane, przefiltrowane przez Krisa - Lisa.
Werner: Bauman nie rozliczył się ze swojej komunistycznej, kabewiackiej i informacyjno-wojskowej przeszłości. A nie siedział bynajmniej, wbrew swoim wyjaśnieniom, tylko za biurkiem.

Heidegger "tylko" był członkiem NSDAP, rektorem, zachowywał się wówczas "stosunkowo przyzwoicie",

Mój komentarz:
Dużo bardziej niż większość polskich rektorów wyższych uczelni w komunie. A miał (i ma) wielkie trudności po wojnie. I chyba do końca nie dopuszczono go do nauczania studentów.
Bauman robi zaś za autorytet moralny, koryfeusza i dumę polskiej nauki, fetowanego na Kongresie Nauki Polskiej. Teraz zaś organizują mu jakiś cyrk objazdowy z wykładami po Polsce. Horror!

Nogal: Komunizmu nie potępiono na Zachodzie, gdzie cała masa lewicowych intelektualistów uważa, że po prostu miały miejsce "wypaczenia".
W Polsce nie ma poważnych kontestatorów krytyki komunizmu.

(KR: Ufff. Oni są chyba na etapie wczesnego Gomułki, ci zachodni idioto-intelektualiści. Ostatnio w innym programie TR Piotr Dmitrowicz (PD) opowiadał, jak wyglądała rozmowa z pewnym zachodnim "intelektualistą" ZI:

ZI: Wy za mało pomagaliście Żydom i za mało przeciwdziałaliście Holocastowi!
PD: A co, pana zadaniem, powinniśmy byli zrobić?
ZI: Jakieś strajki, demonstracje...

Na takie dictum ręce nie opadają, tylko nabierają siły zdolnej do chwycenia faceta za kołnierz i wykopania go z domu albo nawet z każdego polskiego lokalu. Niechby potem opowiadał, jacy to w Polsce "antysemici". Bo potem może by się okazało, że to Żyd...

Zidiociali Zachodni Intelektualiści. Rządzą Europą. A Niemiaszki tylko ręce zacierają i uprawiają teraz RECYDYWĘ antypolskiej propagandy. Czy to przyniesie coś dobrego?

Ale oddajmy głos pani profesor Nogal:
Natomiast trzeba sobie uświadomić, że "idee mają konsekwencje". I czy idee, które głosił Bauman wówczas i z których się do dzisiaj nie rozliczył, mają konsekwencje w jego działalności dzisiaj.

Libera:
(podejmuje się uzasadnienia tezy, że idee Baumana z tamtych czasów mają kontynuację dzisiaj. Szkoda, że tego nie robi. Nie przygotował się do rozmowy.)

wtorek, 25 czerwca 2013

Notatka o Opolu i amfiteatrze

25 czerwca, nie będzie już nic o goebbelsiątkach

Zapiski, dla wywołania ewentualnie dyskusji naprostowującej. 

1) Napisałem szkic wpisu o Festiwalu w Opolu. 

Podobała mi się Joanna Moro, która mnie ujęła rolą o Annie German.

Ale ponieważ widziałem tylko kątem oka, więc się wstrzymałem i ...Feussette ją zmasakrował. Zostawił ją jednak przy życiu. I to jest punkt wyjścia. Reszta się zgadza. Opole - żałość pomieszana w przebłyskami dawnej świetności. Ale dłonie z V w amfiteatrze? Pomału zaczynam rozumieć kontestatorów patosu. Totalnych. Ja nigdy nie będę totalnym. Ale III RP staje się takim kołtunem trendów - trendy i tendencji, że chyba przejdę na prawdziwą emigrację wewnętrzną.

To znaczy zajmę się znów tym, "czym powinienem".
Lektury ponadczasowe, pisanina "piękna i medytacyjna" (albo naukawa - po specjalności). Zero polityki. Myszki są białe. A mrówki czerwone. I mają diademy faraonów na główkach.

Żeby nie być gołosłownym: "ponadczasowo".

2) Czytam ja sobie jakąś pozycję IBL o "spornych" pisarzach.

Borowski, Konwicki, Andrzejewski. Itp.
Skąd ja to mam? Może córki, która kończyła polonistykę? Nie pamiętam. 1994 rok. Cena 67000 zł.
Wtedy byłem milionerem. Nie multi, ale zawsze.

Niby już III RP ale jakaś inna. Pisze się spokojnie, sine ira.  
Opowiada się takiemu imbecylowi, jak ja, co pisarze PISZĄ. I dlaczego. Jaką mają filozofię, jakie założenia, jakie doświadczenia. Dokąd zdążają. Antropologia literacka.
I to mi coś mówi. Nawet coś wykorzystam. 67 tys. warto było wydać. Nawet jak córki - to z mojego budżetu. Wartość, jak dla mnie użytkowa!

Większość nazwisk krytyków niewiele mi mówi. Horubała wtedy chyba do szkoły chodził. Ale nie doczytał. Wagary, czy Derrida? Bauman chyba nie? W końcu H. - prawicowiec!
Bo oni nie piszą, - czego ci - mistrzowie pióra - nie piszą.*  Bo to, jednak wyższa półka - niż krytycy. Z całym szacunkiem dla krytyków.

3) A ten bystrzak Horubała?

 Znów się przyczepił, jak rzep do Rymkiewicza, ale zajmował się głównie tym, czego Rymkiewicz nie napisał. Szef jego, czy co?
Chce mu podwyższyć sprzedaż, bo ma receptę na słuszniejszą a jednocześnie bardziej rynkową formułę pisarską? O nie, ę i ą. On jest uczciwszy i bardziej oczytany! Mądrzejszy.

Ups. I to ma być postawa medytacyjna? A niech to licho.
Muszę ćwiczyć. Droga na pustynię jest żmudna....

* ściśle mówiąc - piszą o czym oni milczą. Ale to co innego. To chyba jasne?